Dlaczego gminom opłaca się przyciągać firmy? Jak przedsiębiorcy zwiększają dochody samorządu

dochody pit i cit samorządów

 

Jeździsz czasem przez jakąś gminę i zastanawiasz się, skąd ta gmina ma pieniądze na nowy chodnik, wyremontowaną szkołę albo plac zabaw, który wygląda jak żywcem wyjęty z Niemiec? A dwie gminy dalej drogi są dziurawe, szkoła się sypie, a wójt na sesji rady tłumaczy się z braku kasy na cokolwiek? Odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać. To nie jest kwestia szczęścia czy magii. To najczęściej efekt jednej rzeczy: ile firm działa na terenie danej gminy i ile osób tam pracuje, płacąc podatki.

Brzmi sucho? Zaraz się okaże, że wcale nie. Bo za tym mechanizmem stoi konkretna matematyka, która bezpośrednio przekłada się na to, czy w twojej gminie powstanie nowe przedszkole, czy raczej nic się nie zmieni przez najbliższą dekadę. I co ciekawe, mało kto o tym mówi wprost, chociaż to jeden z najważniejszych powodów, dla których mądre samorządy tak zabiegają o inwestorów, strefy ekonomiczne i nowe zakłady produkcyjne.

W tym artykule rozłożymy to na czynniki pierwsze. Pokażemy, jak naprawdę wygląda podział podatku PIT i CIT między budżet państwa a samorządy, dlaczego gminie, powiatowi i województwu zwyczajnie opłaca się mieć na swoim terenie jak najwięcej firm i jak najlepiej zarabiających mieszkańców, oraz co się dzieje, gdy trafi się prawdziwy „strzał w dziesiątkę” - tak jak w przypadku gminy Chojnice, która w pewnym momencie stała się najbogatszą gminą w Polsce dzięki jednej transakcji.

Skąd w ogóle gmina bierze pieniądze?

Zanim przejdziemy do sedna, krótkie wyjaśnienie, bo bez tego trudno zrozumieć całą resztę. Budżet gminy (podobnie powiatu i województwa) składa się z kilku źródeł. Są dochody własne, czyli na przykład podatek od nieruchomości, opłaty lokalne, dochody z majątku gminy. Są subwencje i dotacje z budżetu państwa. I jest trzecia, kluczowa dla nas kategoria: udziały we wpływach z podatku PIT (od osób fizycznych, czyli pracowników i przedsiębiorców rozliczających się na zasadach ogólnych) oraz z podatku CIT (od osób prawnych, czyli spółek).

I teraz najważniejsze zdanie tego akapitu: im więcej ludzi mieszka i pracuje na terenie gminy oraz im więcej firm ma tam swoją siedzibę, tym większy strumień pieniędzy z PIT i CIT trafia do lokalnego budżetu. To nie jest żadna dotacja, o którą trzeba się prosić w ministerstwie. To automatyczny mechanizm, wpisany w ustawę o dochodach jednostek samorządu terytorialnego. Gmina po prostu dostaje swoją działkę z tego, co jej mieszkańcy i firmy odprowadzają fiskusowi.

Jak dokładnie działa podział podatku PIT

Kiedy pracujesz na etacie albo prowadzisz jednoosobową działalność rozliczaną na zasadach ogólnych czy podatkiem liniowym, część pieniędzy, które co miesiąc wpłacasz jako zaliczkę na PIT, w ogóle nie zostaje w budżecie centralnym. Trafia do samorządu, w którym mieszkasz, a dokładniej wpisujesz to jako adres w swoim zeznaniu podatkowym.

Przez wiele lat system wyglądał tak, że gminy miały udział na poziomie mniej więcej 38-39 procent wpływów z PIT mieszkańców, powiaty około 10 procent, a województwa nieco ponad 1 procent. Czyli licząc z grubsza: z każdych 100 złotych podatku dochodowego, jakie odprowadzał mieszkaniec danej gminy, blisko 40 złotych wracało do budżetu tej właśnie gminy.

Warto tu dodać jedną rzecz, bo akurat teraz, w 2026 roku, system przechodzi sporą zmianę. Rząd wprowadził reformę finansowania samorządów, która ma uniezależnić dochody gmin, powiatów i województw od doraźnych zmian w przepisach podatkowych (na przykład podnoszenia kwoty wolnej od podatku, która wcześniej potrafiła mocno uszczuplać budżety lokalne). W nowym modelu udziały procentowe są przeliczane według bardziej rozbudowanego algorytmu uwzględniającego tak zwane potrzeby finansowe danej jednostki samorządu - wyrównawcze, oświatowe, rozwojowe i ekologiczne. Konkretne wskaźniki procentowe są inne niż wcześniej, ale sama logika pozostaje identyczna: im więcej podatku PIT generują mieszkańcy danego terenu, tym więcej pieniędzy wraca do tego samorządu. Zmienia się metoda liczenia, nie zmienia się zasada.

udział samorządu w podatkach PIT i CIT

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Skoro to mieszkaniec, a nie firma jest tym, kto formalnie płaci PIT, to dlaczego mówimy, że opłaca się przyciągać firmy? Bo firma, która się lokalizuje w danej gminie, tworzy miejsca pracy. A ludzie zatrudnieni w tej firmie zazwyczaj mieszkają w tej samej gminie albo w okolicy i tam rozliczają swój podatek. Innymi słowy: firma nie musi płacić PIT-u, żeby zasilić budżet gminy - wystarczy, że zatrudnia ludzi, którzy go płacą. To jest ten pierwszy, mniej oczywisty kanał korzyści.


A jak wygląda sprawa z podatkiem CIT?

Tu robi się jeszcze ciekawiej, bo w przypadku CIT liczy się nie miejsce zamieszkania pracownika, tylko siedziba firmy (a w niektórych przypadkach lokalizacja zakładu, jeśli spółka ma oddziały w różnych miejscach i rozlicza to proporcjonalnie). Gmina, na terenie której zarejestrowana jest spółka płacąca CIT, dostaje swój procent z tego, co ta spółka odprowadza do budżetu państwa.

Historycznie było to około 6,71 procent wpływów z CIT dla gmin, 1,4 procent dla powiatów i prawie 15 procent dla województw (które mają w CIT wyraźnie większy udział niż w PIT, bo to one często odpowiadają za duże inwestycje regionalne). Tak jak przy PIT, od 2026 roku te wskaźniki są przeliczane na nowych zasadach w ramach wspomnianej reformy, ale sam mechanizm im więcej firm i im więcej zarabiają, tym więcej trafia do lokalnych budżetów, pozostaje bez zmian.

I teraz proste podsumowanie tego, co dzieje się, gdy do gminy przyjeżdża duża firma i buduje tam zakład produkcyjny:

  • Gmina zaczyna otrzymywać udział w CIT tej spółki, bo to tam znajduje się jej siedziba lub zakład.

  • Firma zatrudnia ludzi. Część z nich to nowi mieszkańcy gminy, część to osoby, które już tam mieszkały, ale wcześniej pracowały gdzie indziej albo wcale.

  • Ci pracownicy płacą PIT, a spory kawałek tego PIT-u wraca do budżetu gminy.

  • Firma zwykle płaci też podatek od nieruchomości od swojej hali czy biura - to już czysty dochód własny gminy, bez żadnego podziału z budżetem państwa.

  • Pracownicy wydają pieniądze lokalnie w sklepach, u fryzjera, w przedszkolu prywatnym, na paliwo, co napędza inne lokalne firmy usługowe, które też płacą podatki.

To jest właśnie ten efekt mnożnikowy, o którym samorządowcy mówią sobie nawzajem na konferencjach, a rzadko tłumaczą to zwykłym mieszkańcom wprost. Jedna duża inwestycja potrafi w kilka lat całkowicie zmienić kondycję finansową gminy.

Prosty przykład, żeby to sobie dobrze wyobrazić

Weźmy fikcyjną gminę Lipowo Górne. Ma 6 tysięcy mieszkańców, budżet skromny, głównie z subwencji i podatku od nieruchomości mieszkańców. Przez lata nie działo się tam wiele.

W pewnym momencie władze gminy postanawiają przygotować teren inwestycyjny. Uzbrajają działkę w prąd, wodę, kanalizację, budują dojazdową drogę. Nie jest to za darmo, ale to inwestycja, nie wydatek stracony. Trafia na nią polska firma produkująca opakowania, która szuka miejsca na nową fabrykę, bo dotychczasowa hala w mieście jest za mała.

Firma buduje zakład, zatrudnia 250 osób. Część to mieszkańcy Lipowa Górnego, którzy wcześniej dojeżdżali do pracy 40 kilometrów dalej albo pracowali za granicą. Część to ludzie, którzy się do gminy przeprowadzają, bo mają tu teraz pracę - kupują albo wynajmują mieszkania, zapisują dzieci do miejscowej szkoły.

Co się dzieje z budżetem gminy?

Po pierwsze, firma płaci podatek od nieruchomości od swojej hali produkcyjnej - to kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy złotych rocznie, w zależności od wielkości zakładu, i trafia w całości do gminy.

Po drugie, spółka płaci CIT od wypracowanego zysku, a gmina dostaje swój ustawowy procent od tej części CIT, która przypada na jej teren.

Po trzecie - i to jest często największa pozycja - 250 osób zatrudnionych w fabryce płaci PIT. Jeśli średnie wynagrodzenie w takim zakładzie wynosi, powiedzmy, 6 tysięcy złotych brutto, to suma zaliczek na podatek dochodowy odprowadzanych przez tych pracowników w skali roku robi się naprawdę spora, a spory jej kawałek zasila właśnie budżet Lipowa Górnego.

Po czwarte, ci ludzie zaczynają wydawać pieniądze na miejscu - w miejscowym sklepie spożywczym, u lokalnego mechanika, u fryzjera itd. Te firmy też płacą podatki, też zatrudniają, koło się zamyka.

W efekcie po kilku latach od otwarcia fabryki budżet Lipowa Górnego może wyglądać zupełnie inaczej niż wcześniej i to bez podnoszenia podatków lokalnych mieszkańcom, bez zaciągania kredytów, tylko dzięki temu, że na terenie gminy powstało jedno miejsce pracy dla 250 osób. Dlatego właśnie świadomi wójtowie i burmistrzowie tak zabiegają o inwestorów, jeżdżą na targi inwestycyjne, oferują ulgi w podatku od nieruchomości na starcie, tworzą strefy ekonomiczne. To się po prostu opłaca. I to nie w jakiejś abstrakcyjnej, wizerunkowej kategorii, tylko w twardych złotówkach na koncie gminy.

Ciekawostka, która pokazuje skalę zjawiska: gmina Chojnice

A teraz historia, która pokazuje, jak bardzo ten mechanizm potrafi zadziałać, kiedy trafi się wyjątkowa sytuacja. Chodzi o wiejską gminę Chojnice na Pomorzu.

Wszystko zaczęło się dużo wcześniej, bo w 2004 roku, kiedy ówczesny wójt namówił rodzinną firmę - Polkom, należącą do państwa Słomińskich, żeby przeniosła swoją działalność do strefy ekonomicznej w miejscowości Topola, na terenie gminy Chojnice. Gmina zaoferowała wtedy ulgę o wartości pół miliona złotych, jako zachętę do tworzenia nowych miejsc pracy. Z punktu widzenia małej gminy to była spora suma, ale zdecydowano się zaryzykować.

Firma rosła przez kolejne piętnaście lat. I w grudniu 2018 roku doszło do transakcji, która odmieniła finanse tej gminy na dobre. Amerykański inwestor kupił większościowy pakiet udziałów w firmie Polkom za ponad miliard złotych.

Skutki dla budżetu gminy Chojnice były spektakularne. Sama transakcja sprzedaży udziałów oznaczała dla właściciela zapłatę podatku, z którego znacząca część - bo aż 86 milionów złotych, trafiła do budżetu gminy z tytułu udziału w PIT jednego mieszkańca, właściciela sprzedawanej firmy. Do tego doszło kolejne 14 milionów złotych z podatku od czynności cywilnoprawnych związanego z tą transakcją, odprowadzonego rok wcześniej. Łącznie gmina otrzymała około 100 milionów złotych. Kwotę, o jakiej wiejska gmina licząca kilkanaście tysięcy mieszkańców zwykle może tylko pomarzyć.

Do tego doszedł kolejny efekt odroczony w czasie: ponieważ część wskaźnika udziału gminy w PIT liczona jest na podstawie dochodów mieszkańców sprzed dwóch, trzech i czterech lat, gmina Chojnice jeszcze przez kilka kolejnych lat po transakcji notowała wyraźnie wyższe wpływy z podatku dochodowego niż przed 2018 rokiem. W pewnym momencie nawet ponad dwukrotnie wyższe niż standardowo. Miejscowy wójt żartobliwie mówił wtedy o „prawie serii”, bo gmina zyskiwała kolejny rok z rzędu.

Dzięki tym pieniądzom gmina Chojnice przez kilka lat z rzędu inwestowała po kilkadziesiąt milionów złotych rocznie. Budowała drogi, wspierała lokalną infrastrukturę, dołożyła się nawet do budowy hospicjum w regionie. Wszystko to zaczęło się od decyzji sprzed kilkunastu lat, żeby zaprosić jedną rodzinną firmę do strefy ekonomicznej i zaoferować jej skromną, jak na dzisiejsze standardy, ulgę podatkową.

Historia Chojnic to oczywiście przypadek skrajny. Nie każda gmina trafi na firmę, która za kilkanaście lat zostanie sprzedana za miliard złotych. Ale pokazuje ona coś znacznie ważniejszego niż sama anegdota: że inwestycja samorządu w przyciągnięcie i utrzymanie u siebie przedsiębiorstwa, nawet niewielkim kosztem w postaci ulg czy uzbrojenia terenu, potrafi się zwrócić w skali, jakiej nikt nie był w stanie przewidzieć na starcie.

Dlaczego szczególnie zależy na firmach z polskim kapitałem

Tu warto dodać jeszcze jeden wątek, o którym rzadziej się mówi. Z punktu widzenia budżetu gminy nie ma formalnie znaczenia, czy firma ma kapitał polski, czy zagraniczny - mechanizm podziału CIT działa tak samo. Ale w praktyce firmy z polskim kapitałem, zwłaszcza rodzinne, częściej mają w danym miejscu nie tylko halę produkcyjną, ale też centrum decyzyjne - zarząd, dział księgowości, dział sprzedaży. A to oznacza więcej dobrze płatnych stanowisk biurowych, kadry menedżerskiej, a więc i wyższych wpływów z PIT tych właśnie osób.

Duże międzynarodowe koncerny czasem lokują w Polsce wyłącznie produkcję, a centrum decyzyjne, dział badawczo-rozwojowy czy siedzibę zarządu zostawiają w kraju macierzystym. To wciąż korzyść dla lokalnego samorządu, bo produkcja to miejsca pracy, a miejsca pracy to PIT, ale często mniejsza niż w przypadku firmy, która swój cały biznes, łącznie z zarządzaniem, prowadzi na miejscu. Poza tym rodzime firmy zwykle mocniej wrastają w lokalną społeczność. Sponsorują miejscowy klub sportowy, remontują plac zabaw, angażują się w życie gminy, bo dla właściciela to po prostu jego rodzinne strony, a nie kolejna filia w arkuszu kalkulacyjnym gdzieś w centrali za granicą.

Dlatego coraz więcej samorządów, oprócz przyciągania dużych inwestorów zewnętrznych, stawia też na wspieranie lokalnej przedsiębiorczości. Ułatwienia dla małych i średnich firm, które od zera rozwijają się na miejscu. Taka firma, gdy urośnie, zwykle zostaje w gminie na dobre, bo tu ma swoje korzenie.

Jakimi narzędziami gminy realnie przyciągają firmy?

Skoro już wiadomo, że to się opłaca, warto na chwilę zatrzymać się przy tym, co samorząd faktycznie może zrobić, żeby zachęcić przedsiębiorcę do lokalizacji zakładu właśnie u siebie, a nie w gminie sąsiedniej. Bo konkurencja między gminami o inwestorów jest całkiem realna, a narzędzi jest kilka.

Pierwsze i najprostsze to zwolnienia lub ulgi w podatku od nieruchomości. Rada gminy ma prawo uchwalić program pomocy publicznej, w ramach którego firma tworząca nowe miejsca pracy przez pierwsze kilka lat płaci niższy podatek od hali czy gruntu, a czasem nie płaci go wcale. To krótkoterminowa strata dla budżetu, ale w zamian gmina zyskuje coś dużo cenniejszego - stały napływ PIT-u od nowych pracowników i perspektywę pełnych wpływów z podatku od nieruchomości, gdy okres ulgi się skończy.

Drugie narzędzie to uzbrojenie terenów inwestycyjnych. Firma, która szuka miejsca pod fabrykę, patrzy przede wszystkim na to, czy na danej działce jest już doprowadzony prąd, woda, kanalizacja i sensowny dojazd. Gmina, która wcześniej zainwestowała w taką infrastrukturę, staje się dla inwestora dużo bardziej atrakcyjna niż sąsiednia, gdzie wszystko trzeba by budować od zera na koszt firmy.

Trzecie to współpraca ze strefami ekonomicznymi i agencjami rozwoju, które oferują inwestorom dodatkowe zwolnienia z podatku CIT na poziomie krajowym, jeśli firma zdecyduje się ulokować produkcję na wyznaczonym terenie. Gmina, która ma u siebie kawałek takiej strefy, automatycznie staje się bardziej rozpoznawalna wśród firm szukających lokalizacji.

I czwarte, mniej formalne, ale często decydujące - sprawna i przyjazna administracja. Szybkie wydawanie decyzji o warunkach zabudowy, pozwoleń na budowę, otwartość urzędników na rozmowę z inwestorem, zamiast traktowania każdej sprawy jak kolejnego wniosku do odłożenia na później. Wielu przedsiębiorców przyznaje, że to właśnie ten czynnik, a nie sama wysokość ulgi podatkowej bywa językiem, którym gmina najskuteczniej mówi „zapraszamy”.

Co to oznacza dla zwykłego mieszkańca?

Może się wydawać, że to temat czysto samorządowy, dla wójtów, burmistrzów i skarbników gminy. Ale w praktyce dotyczy każdego mieszkańca. Jeśli w twojej gminie jest mało firm i mało miejsc pracy, budżet gminy jest chudszy, a to oznacza mniej pieniędzy na drogi, szkoły, żłobki, kulturę, sport, pomoc społeczną. Jeśli w twojej gminie działa kilka solidnych zakładów pracy, budżet jest zasobniejszy i to zwykle widać gołym okiem, wystarczy porównać dwie sąsiadujące gminy o podobnej wielkości, z których jedna ma na swoim terenie strefę przemysłową, a druga nie.

Warto też pamiętać, że ty sam, jako mieszkaniec, też jesteś częścią tego mechanizmu. Twój PIT, niezależnie od tego, gdzie pracujesz, trafia w dużej mierze do budżetu gminy, w której mieszkasz, a dokładnie tam, gdzie wskazujesz w rocznym zeznaniu podatkowym jako miejsce zamieszkania. To dlatego samorządy tak często przypominają mieszkańcom, żeby przy rozliczeniu PIT wpisywali właściwy, aktualny adres zamieszkania, nawet jeśli formalnie są zameldowani gdzie indziej. Dla gminy to bezpośrednio przekłada się na realne pieniądze w budżecie.

Podsumowanie

Mechanizm jest w gruncie rzeczy prosty, choć rzadko ktoś tłumaczy go w tak bezpośredni sposób. Gmina, powiat i województwo dostają swój procentowy udział we wpływach z podatku PIT mieszkańców i podatku CIT firm mających siedzibę na ich terenie. Im więcej firm, im lepiej zarabiają, im więcej osób zatrudniają i im wyższe są ich pensje, tym większy strumień pieniędzy trafia do lokalnego budżetu - bez podnoszenia jakichkolwiek lokalnych podatków, bez zaciągania kredytów, praktycznie automatycznie.

To dlatego samorządy tak zabiegają o inwestorów, przygotowują tereny pod inwestycje, oferują ulgi w podatku od nieruchomości na start, jeżdżą na targi gospodarcze i starają się, żeby lokalni przedsiębiorcy mieli jak najlepsze warunki do rozwoju na miejscu, zamiast przenosić się gdzie indziej. Historia gminy Chojnice, choć wyjątkowa i w dużej mierze zbudowana na sporej dozie szczęścia, pokazuje jednak, że nawet niewielka, pozornie mało znacząca decyzja sprzed lat - zaproszenie jednej rodzinnej firmy do lokalnej strefy ekonomicznej, potrafi w dłuższej perspektywie zmienić losy całej gminy.

Dla mieszkańców płynie z tego prosta lekcja: kiedy w twojej okolicy powstaje nowy zakład produkcyjny, to nie jest tylko kwestia hałasu, ruchu ciężarówek czy zmiany krajobrazu. To realny zastrzyk pieniędzy do budżetu, z którego finansowane są rzeczy, z których korzystasz na co dzień - drogi, szkoły, przedszkola, place zabaw, biblioteki. A dla samorządowców to jasny sygnał, że warto inwestować w przyciąganie i utrzymywanie u siebie przedsiębiorstw, najlepiej takich, które swoje korzenie i centrum decyzyjne mają właśnie w Polsce, bo to właśnie one najczęściej zostają na dłużej i najmocniej wrastają w lokalną gospodarkę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz