Jedyna fabryka kredek w Polsce. Gdzie powstają kultowe kredki Bambino?

 


Są rzeczy, które kojarzą się z dzieciństwem tak mocno, że samo ich wspomnienie wywołuje uśmiech. Zapach świeżo naostrzonej kredki, charakterystyczne pudełko z kolorowym nadrukiem, pierwsze bazgroły na białej kartce papieru. Dla milionów Polaków wychowanych w drugiej połowie XX wieku i na początku XXI wieku te wspomnienia mają jeden konkretny kolor - kolor kredki Bambino. Ale czy wiesz, jak tak naprawdę powstaje ta kultowa kredka? I czy wiesz, że w całej Polsce istnieje tylko jedna fabryka, która je produkuje?

Dziś zabieramy cię za kulisy miejsca, gdzie z naturalnych surowców rodzi się coś, co trafia do rąk dzieci na całym świecie. To historia o polskim rzemiośle, wielopokoleniowej tradycji i o tym, dlaczego polska kredka wciąż wygrywa z tanią chińską konkurencją.


ST. Majewski - historia firmy, która przeżyła wszystko

Żeby zrozumieć, czym jest dziś ST. Majewski, trzeba cofnąć się o ponad sto lat. Firma założona została w 1889 roku przez Stanisława Tadeusza Majewskiego w Warszawie. Początki były skromne - mały sklep z materiałami piśmiennymi i papierniczymi, który jednak od razu wyróżniał się na tle konkurencji dbałością o jakość oferowanych produktów.

Majewski szybko zrozumiał, że samo sprzedawanie cudzych towarów nie wystarczy. Zaczął myśleć o własnej produkcji. Przełom nastąpił na początku XX wieku, gdy firma uruchomiła pierwsze linie wytwórcze i zaczęła produkować artykuły szkolne na własną rękę. Warszawa stała się centrum polskiego przemysłu papierniczego, a ST. Majewski był jego ważnym filarem.




Przyszły jednak czasy próby. II wojna światowa niemal doszczętnie zniszczyła cały dorobek firmy. Warszawa w gruzach, fabryki w ruinie, kadra rozproszona po całym świecie - wydawało się, że to koniec. A jednak nie. Po wojnie firma odrodziła się jak feniks z popiołów. W czasach PRL-u, mimo znacjonalizowania, utrzymała swoją tożsamość i unikalny know-how. To właśnie wtedy na półkach sklepowych pojawiły się kredki Bambino, produkt, który miał zdominować polskie klasy szkolne na dziesięciolecia.

Po transformacji ustrojowej w 1989 roku ST. Majewski wrócił do prywatnych rąk i z nową energią ruszył na podbój rynku. Lata 90. to czas dynamicznego rozwoju. Firma inwestowała w nowoczesne technologie, rozbudowywała fabryki i rozszerzała portfolio produktów. Dziś ST. Majewski to jeden z największych producentów artykułów szkolnych i biurowych w Europie Środkowo-Wschodniej. I co ważne wciąż polska firma, z polskim kapitałem i polskim zarządem.


Fabryka kredek - jedyne takie miejsce w Polsce

Mówi się, że Polska nie produkuje już prawie niczego. Że wszystko przyjeżdża do nas z Chin, Bangladeszu albo Turcji. To oczywiście duże uproszczenie, ale w przypadku kredek jest coś wyjątkowego. ST. Majewski prowadzi jedyną fabrykę kredek w Polsce. Jedyną. Nie ma drugiej.

Główny zakład produkcyjny i jedyna fabryka kredek w Polsce znajduje się w Pruszkowie, mieście leżącym w województwie mazowieckim, tuż pod Warszawą. To tutaj, na kilku hektarach hali produkcyjnych, codziennie tysiące kredek przechodzi przez skomplikowany, wieloetapowy proces wytwarzania. Poza Pruszkowem firma prowadzi również zakłady w Strzegomiu (produkcja artykułów papierniczych marki Unipap) oraz w Ełku. Łącznie firma zatrudnia ponad 300 pracowników - inżynierów, technologów, operatorów maszyn, kontrolerów jakości. Dla każdej z tych miejscowości to jeden z ważniejszych pracodawców w regionie.

Pruszków stał się symbolem tego, że polska produkcja przemysłowa wciąż żyje i ma się dobrze. W czasach, gdy wiele zakładów przeniosło produkcję za granicę w pogoni za tańszą siłą roboczą, ST. Majewski postawił na coś odwrotnego. Inwestycje w polskie moce wytwórcze, podnoszenie kwalifikacji pracowników i modernizację parku maszynowego. I to się po prostu opłaca.


Jak powstaje kredka Bambino? Technologia, która nie jest prosta

Większość z nas myśli o kredce jak o czymś oczywistym. Kolorowy rdzeń, drewniana obudowa, gotowe. A jednak rzeczywistość jest zupełnie inna. Produkcja dobrej kredki to prawdziwa sztuka, a technologia jej wytwarzania należy do jednych z trudniejszych do skopiowania w całej branży artykułów piśmiennych.



Wszystko zaczyna się od surowca - glinki kaolinowej

Kluczem do jakości kredki Bambino jest surowiec, którego używa ST. Majewski. Rdzeń kredki nie jest zrobiony z wosku (jak myśli wiele osób), ani z tanich syntetycznych wypełniaczy. Kredki Bambino produkowane są na bazie glinki kaolinowej - naturalnego minerału o wyjątkowych właściwościach plastycznych.

Kaolin to minerał gliniasty, który wydobywany jest głównie w Europie - w Niemczech, Czechach, Polsce, Wielkiej Brytanii i kilku innych krajach. Jest to surowiec wysokiej jakości, ceniony w wielu gałęziach przemysłu: ceramice, papierniczym, farmaceutycznym, a teraz także w produkcji kredek. W porównaniu do syntetycznych alternatyw kaolin daje kilka kluczowych przewag: lepsze krycie, bardziej żywe kolory, miększe i równomierniejsze nakładanie barwnika na papier oraz co bardzo ważne z punktu widzenia rodziców, jest bezpieczny dla dzieci.

Glinka kaolinowa łączona jest z pigmentami barwnymi oraz substancjami wiążącymi i plastyfikującymi. Proporcje tych składników to pilnie strzeżona tajemnica technologiczna firmy, wypracowywana przez lata prób i badań laboratoryjnych. Zmiana nawet jednego parametru może całkowicie zmienić właściwości gotowego produktu. Sprawić, że kredka będzie zbyt twarda, zbyt krucha albo że jej kolor nie będzie wystarczająco nasycony.

Europejski łańcuch dostaw - świadomy wybór, nie przypadek

Warto tu zatrzymać się na chwilę, bo to nie jest bez znaczenia. ST. Majewski świadomie zbudował swój łańcuch dostaw w oparciu o surowce i dostawców europejskich. Glinka kaolinowa pochodzi z europejskich złóż. Pigmenty barwne produkują europejscy chemicy. Drewno na obudowy kredek pochodzi z certyfikowanych, zrównoważonych europejskich lasów. Opakowania - polskie drukarnie.

To oznacza kilka ważnych rzeczy. Po pierwsze, firma ma pełną kontrolę nad jakością każdego składnika od samego początku procesu produkcji. Po drugie, nie jest uzależniona od kapryśnych łańcuchów dostaw z drugiego końca świata, takich, które potrafiły się zapaść podczas pandemii, gdy setki firm na całym świecie nagle odkryły, jak kruche są ich zależności od chińskich poddostawców. Po trzecie wreszcie - lokalny łańcuch dostaw to mniejszy ślad węglowy i lepsza odpowiedź na współczesne wymagania środowiskowe.


Dlaczego Bambino wygrywa z chińską konkurencją?

To pytanie, które pewnie zadaje sobie wielu rodziców stojących przed półką w sklepie. Obok pudełka Bambino leży chińska kredka w podobnej cenie albo nawet tańsza. Dlaczego warto wybrać tę polską?

Odpowiedź kryje się właśnie w technologii produkcji i surowcach.

Technologia trudna do skopiowania

Produkcja kredek na bazie glinki kaolinowej to proces, który wymaga lat doświadczenia, specjalistycznych urządzeń i wiedzy technologicznej przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Chińscy producenci (i nie tylko oni) próbowali kopiować te receptury, ale uzyskanie identycznej jakości okazuje się niezwykle trudne. Dlaczego?

Po pierwsze, kaolin wydobywany w Europie ma inne właściwości niż surowce dostępne w Azji. Ziarnistość, skład mineralny, poziom zanieczyszczeń. Wszystko to wpływa na końcowe właściwości kredki. Europejski kaolin jest po prostu lepiej dostosowany do produkcji wysokiej jakości kredek.

Po drugie, know-how ST. Majewskiego to efekt ponad stulecia doświadczeń. Firma przez dziesięciolecia testowała różne receptury, uczyła się na błędach, optymalizowała procesy. Tej wiedzy nie da się po prostu skopiować, można ewentualnie próbować dojść do podobnych wniosków własną drogą, co trwa kolejne lata i kosztuje miliony złotych.

Po trzecie, tanie chińskie kredki bardzo często bazują na woskach syntetycznych i tanich wypełniaczach. Dają one gorszą jakość krycia, mniej żywe kolory i są bardziej podatne na kruszenie i łamanie. Wielu rodziców zna ten scenariusz: kupujesz tanie kredki, a po pierwszym użyciu połowa z nich się łamie w pół.

Bezpieczeństwo dla dzieci

Kredki Bambino spełniają surowe europejskie normy bezpieczeństwa produktów przeznaczonych dla dzieci. Skład jest w pełni transparentny, a surowce przebadane pod kątem zawartości szkodliwych substancji. W przypadku tanich produktów importowanych z krajów o mniej rygorystycznych standardach nie zawsze można mieć taką pewność.

Rodzice kupując Bambino wiedzą, że kupują produkt, który przeszedł przez polskie i europejskie laboratoria kontrolne. To nie jest kwestia snobizmu ani patriotyzmu, to kwestia zdroworozsądkowego podejścia do bezpieczeństwa własnych dzieci.

Trwałość i ekonomia

Paradoksalnie, tańsza kredka może okazać się droższą opcją. Jeśli chińska kredka za 8 złotych skruszy się po pierwszym użyciu i będziesz musiał kupić nową, a Bambino za 15 złotych wytrzyma cały rok szkolny - rachunek jest prosty. Jakość ma swoją cenę, ale ta cena się zwraca.


Co jeszcze produkuje ST. Majewski? Marki i portfolio firmy

ST. Majewski to nie tylko kredki Bambino. Przez lata firma zbudowała imponujące portfolio produktów i marek, które obejmuje właściwie wszystko, czego potrzeba uczniowi, studentowi czy pracownikowi biurowemu.

Bambino - flagowa marka dla najmłodszych

Bambino to absolutna ikona wśród polskich marek szkolnych. Pod tym szyldem produkowane są nie tylko kredki, ale całe spektrum artykułów dla dzieci: kredki woskowe, farby plakatowe i akwarelowe, modelina, plastelina, bibuła, nożyczki, kleje, pędzle. Marka celuje przede wszystkim w dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, stąd nacisk na bezpieczeństwo materiałów i ergonomię.



Bambino jest rozpoznawalna przez kolejne pokolenia Polaków. Nieprzypadkowo gdy dzisiejsi rodzice kupują swoim dzieciom kredki, często sięgają po markę, którą sami znali ze swojego dzieciństwa. To niemal odruch.

Artykuły szkolne i biurowe pod markami własnymi

ST. Majewski produkuje również artykuły dystrybuowane pod markami własnymi dużych sieci handlowych, zarówno w Polsce, jak i za granicą. To pozwala firmie efektywnie wykorzystywać moce produkcyjne i docierać do klientów, którzy wybierają produkty oznaczone logiem swojego ulubionego sklepu.


Eksport - polskie kredki podbijają świat

Działalność ST. Majewskiego wykracza daleko poza granice Polski. Firma eksportuje swoje produkty do kilkudziesięciu krajów na całym świecie. Głównymi rynkami eksportowymi są inne kraje europejskie - Niemcy, Francja, kraje Beneluksu, kraje bałtyckie, Skandynawia i inne kraje Europy Wschodniej.

Coraz większe zainteresowanie polskimi artykułami szkolnymi obserwuje się również na rynkach pozaeuropejskich - w krajach Bliskiego Wschodu, a nawet w niektórych państwach azjatyckich. To dowód na to, że jakość kredek i innych produktów ST. Majewskiego jest dostrzegana i doceniana niezależnie od kultury i geografii.

Eksport stanowi znaczącą część przychodów firmy, co czyni ST. Majewskiego ważnym polskim eksporterem w branży artykułów szkolnych i biurowych. To przekłada się na wpływy walutowe dla polskiej gospodarki i utwierdza pozycję Polski jako producenta artykułów o uznanej, europejskiej jakości.


Tradycja i nowoczesność - duet, który działa

ST. Majewski to firma, która nie boi się inwestować w nowoczesność. W ostatnich latach zakład w Pruszkowie przeszedł szereg modernizacji. Nowe linie produkcyjne, automatyzacja wybranych procesów, nowoczesne systemy zarządzania jakością. Jednocześnie firma pielęgnuje swoje dziedzictwo i tradycję, nie rezygnuje z receptur, które przez lata zostały wypracowane i sprawdzone.

To delikatna równowaga, którą niewiele firm udaje się zachować. Z jednej strony automatyzacja i efektywność, z drugiej - rzemiosło i doświadczenie ludzkie, którego żadna maszyna w pełni nie zastąpi. W ST. Majewskim te dwa światy współistnieją i wzajemnie się uzupełniają.

Firma inwestuje też w badania i rozwój. Nowe kolory, nowe formuły kredek dostosowane do specyficznych potrzeb (np. do rysowania na szkle, na tablicach, dla dzieci z trudnościami manualnymi), nowe formaty opakowań odpowiadające na trendy ekologiczne, to wszystko efekty pracy działów R&D i marketingu.


Podsumowanie - polska kredka ma się czym chwalić

Historia ST. Majewskiego i kredek Bambino to historia, która powinna napawać dumą każdego Polaka. Ponad sto lat temu ktoś miał pomysł, odwagę i determinację, żeby zbudować w Polsce firmę produkującą artykuły szkolne. Przez dwie wojny światowe, PRL i transformację ustrojową ta firma przetrwała i dziś jest liderem rynku w całym regionie.

Jedyna fabryka kredek w Polsce stoi w Pruszkowie i każdego dnia wytwarza produkty, które trafiają do plecaków dzieci od Gdańska po Kraków, od Warszawy po Wrocław - i do szkół w kilkudziesięciu krajach na całym świecie. Produkuje je z europejskich surowców, europejskim know-how i z europejską dbałością o jakość i bezpieczeństwo.

Kiedy następnym razem będziesz stać przed sklepową półką i zastanawiać się, czy kupić polskie Bambino, czy tańszy chiński odpowiednik, pomyśl o tym, co kryje się za tą decyzją. O setkach polskich pracowników w Pruszkowie. O stuleciu tradycji i wiedzy przekazywanej z pokolenia na pokolenie. O naturalnym kaolinie wydobywanym w europejskiej ziemi. O kredce, która nie złamie się przy pierwszym rysowaniu.


Ewelina Kosmetyczna, czyli polska firma Eveline Cosmetics

 


Jeśli w ostatnich tygodniach byłaś/byłeś choć trochę aktywny w polskim internecie, to na pewno zetknąłeś się z nazwą „Ewelina Kosmetyczna". Memy, komentarze, posty na TikToku i Instagramie - wszędzie ta sama, rozbrajająco swojska wersja nazwy jednej z największych polskich marek kosmetycznych. Ale skąd się to wzięło? I kim tak naprawdę jest ta „Ewelina"? Spokojnie, zaraz wyjaśniamy wszystko od początku, bo historia jest naprawdę warta opowiedzenia.


Łatwogang, Cancer Fighters i Tosia - jak narodziła się „Ewelina Kosmetyczna"

Zacznijmy od tego, co wstrząsnęło polskim internetem w kwietniu 2026 roku. Twórca internetowy znany jako Łatwogang zorganizował charytatywny stream na rzecz Fundacji Cancer Fighters - organizacji wspierającej dzieci i młodzież chorych na nowotwory. Impulsem do działania był utwór muzyczny Bedoesa 2115 i Mai Mecan zatytułowany „Ciągle tutaj jestem (diss na raka)". To, co zaczęło się jako jeden live stream, przerodziło się w wydarzenie bez precedensu w historii polskiego internetu.

Stream trwał przez dziewięć dni. Dziewięć. Dni. Na finiszu transmisję oglądało jednocześnie ponad 1,5 miliona osób - to liczba, która robi wrażenie nawet przy porównaniu z największymi wydarzeniami sportowymi. Zebrana kwota przekroczyła 250 milionów złotych, bijąc przy okazji dwa rekordy Guinnessa i bijąc na głowę wynik ostatniego Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Do akcji dołączyły największe gwiazdy - Robert Lewandowski, Doda, Adam Małysz, Cezary Pazura, Roksana Węgiel. Część z nich, jak Edyta Pazura czy Katarzyna Nosowska, w geście solidarności z chorymi dziećmi ogoliła głowy na żywo przed kamerami.

W tę całą niezwykłą atmosferę wkroczyła pewna mała dziewczynka Tosia, podopieczna Fundacji Cancer Fighters. To ona, podczas oficjalnych podziękowań dla darczyńców, odczytywała nazwy firm, które wpłaciły pieniądze. I tu właśnie pojawia się nasz bohater - Eveline Cosmetics, polska marka kosmetyczna, która na zbiórkę wpłaciła milion złotych. Tosia odczytała tę nazwę po swojemu: „Ewelina Kosmetyczna". Niewinne przejęzyczenie małej dziewczynki stało się viralem na skalę, jakiej nie pamiętała polska sieć.

Ale to jeszcze nie koniec. Po ogłoszeniu wpłaty Tosia spojrzała w kamerę i niewinnie zapytała: „co tak mało?". W tej chwili serce chyba stopniało u każdej osoby oglądającej stream. Eveline Cosmetics zareagowało błyskawicznie, dopłaciło od razu kolejne 200 tysięcy złotych, dedykując je wprost Tosi. Ostateczna kwota wpłaty wyniosła 1,2 miliona złotych, co plasuje markę w gronie największych korporacyjnych darczyńców tej historycznej zbiórki.

Marka, która zasłużyła na viral

Ale żart z nazwą „Ewelina Kosmetyczna" nie wziął się znikąd. To określenie funkcjonowało już wcześniej w sieci. Używały go influencerki współpracujące z marką, pojawiało się w żartobliwych recenzjach i komentarzach klientek. Tosia nie wymyśliła tej nazwy, po prostu ją „uczłowieczyła" w najbardziej autentyczny i wzruszający możliwy sposób.

Reakcja marki była podręcznikowa dla marketingu czasu rzeczywistego. Eveline Cosmetics zmieniło swój profil w mediach społecznościowych, zaktualizowało stronę internetową i oficjalnie przyjęło przydomek „Ewelina Kosmetyczna" jako element swojej komunikacji. Nie był to klasyczny rebranding z długimi konsultacjami prawnymi i strategicznymi, to był żywy, spontaniczny dialog z odbiorcami. I właśnie to zadziałało. Łączny szacowany zasięg tej akcji we wszystkich kanałach wyniósł blisko 925 milionów kontaktów. Gdyby marka chciała osiągnąć podobny efekt płatnymi kampaniami reklamowymi, kosztowałoby to od kilkunastu do nawet 30 milionów złotych. Tu wystarczyła autentyczność, odrobina dystansu do siebie i jedno wzruszające przejęzyczenie małej dziewczynki.


Eveline Cosmetics - 40 lat polskiej kosmetyki

Dobra, „Ewelina" nas rozbawiła i wzruszyła. Ale kim właściwie jest ta firma, zanim dostała swój viralowy przydomek? Czas przyjrzeć się temu, co kryje się za etykietą.

Jak to się zaczęło - historia rodzinnej firmy

Eveline Cosmetics to polskie, rodzinne przedsiębiorstwo kosmetyczne z siedzibą w Lesznowoli pod Warszawą. Firma działa od 1983 roku, a więc ponad 40 lat, co w branży beauty jest absolutną wiecznością. Została założona przez rodzinę Kasprzyckich, a kluczową rolę w jej rozwoju od lat pełni Piotr Kasprzycki.

Wyobraź sobie: rok 1983, Polska Rzeczpospolita Ludowa, puste półki w sklepach, kosmetyki to luksus dostępny dla nielicznych. W takich warunkach rodzina Kasprzyckich postanowiła budować markę kosmetyczną. Już rok po założeniu firmy, w 1984 roku, pojawiły się pierwsze produkty pod szyldem Eveline - tusze do rzęs i kolorowe pomadki. To był strzał w dziesiątkę, bo kobiety zawsze znajdą sposób, żeby zadbać o siebie, nawet w najtrudniejszych czasach.

I tu pojawia się coś naprawdę imponującego. Dosłownie rok po wejściu na krajowy rynek, firma zaczęła eksportować produkty do Rosji. W połowie lat 80., gdy Polska dopiero przebierała nogami w kierunku wolnego rynku, Eveline patrzyło już w stronę rynków zagranicznych. To świadczy o wyjątkowej śmiałości i przedsiębiorczości założycieli.

Lata 90. i rozkwit - czas wielkiej ekspansji

Transformacja ustrojowa w Polsce otworzyła zupełnie nowe możliwości. Lata 90. i 2000. to dla Eveline Cosmetics czas dynamicznej ekspansji i umacniania pozycji lidera polskiego rynku. Firma konsekwentnie rozszerzała swoje portfolio produktowe, inwestowała w technologię i budowała sieć dystrybucji za granicą.

W 2005 roku Eveline Cosmetics po raz pierwszy zaprezentowało się na prestiżowych targach kosmetycznych Cosmoprof w Bolonii, jednej z najważniejszych branżowych imprez na świecie. To był wyraźny sygnał: polska marka przestaje być tylko "tutejszą" firmą i celuje w globalną rozpoznawalność. Sześć lat później, w 2011 roku, firma pojawiła się na kolejnych targach - Beautyworld Middle East w Dubaju i Cosmoprof Asia w Hongkongu. Kierunek jest jasny: świat.


Polska produkcja - zakłady w Lesznowoli

Jedną z rzeczy, z których Eveline Cosmetics może być szczególnie dumne, jest fakt, że produkcja odbywa się w Polsce. W dobie, gdy wiele marek przenosi fabryki do Azji w pogoni za niższymi kosztami, polska firma konsekwentnie trzyma się swoich korzeni i produkuje w Lesznowoli, miejscowości w gminie Piaseczno, w województwie mazowieckim.

To nie jest mały zakład, to w pełni rozwinięte centrum produkcyjne, w którym pracuje ponad 600 wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Cały proces wytwarzania kosmetyków odbywa się zgodnie z rygorystycznymi systemami GHP (Dobra Praktyka Higieniczna) i GMP (Dobra Praktyka Produkcyjna). Co to oznacza w praktyce? Że każdy krem, każda maseczka i każda pomadka wychodząca z lesznowolskiej fabryki spełnia najwyższe standardy jakości, bezpieczeństwa i czystości.

Te certyfikaty to nie są puste słowa. GHP i GMP obejmują szczegółowe wytyczne dotyczące procesu produkcji, kontroli jakości, sposobu magazynowania, pakowania i wysyłki produktów. Innymi słowy kiedy kupujesz krem Eveline, masz pewność, że powstał w kontrolowanych, bezpiecznych warunkach, zgodnie z europejskimi normami.


Co produkuje Eveline Cosmetics? Giga-portfolio w dobrej cenie

Skoro już wiemy, gdzie i jak firma produkuje, czas zapytać: a co właściwie robi? Odpowiedź brzmi: prawie wszystko, czego potrzebuje nowoczesna kobieta (i nie tylko).

Portfolio Eveline Cosmetics to prawdziwe imperium kosmetyczne. Wyróżniamy kilka głównych kategorii:

Kosmetyki do makijażu - to historyczny fundament marki. Podkłady i pudry, mascary (wspomniane tusze do rzęs - pierwsze produkty marki z 1984 roku!), eyelinery i kredki do oczu, cienie, róże i bronzery, szminki i błyszczyki. Według danych NielsenIQ za rok 2025, Eveline Cosmetics sprzedało największą ilość produktów w kategorii makijażu w całej Polsce. To nie jest mała firma na lokalnym rynku, to absolutny lider.

Pielęgnacja twarzy - tu marka świeci pełnym blaskiem. Kultowe serie jak Bio Hyaluron Expert, C Perfection z witaminą C, Gold Lift Expert, Magic Lift, My Beauty Elixir. Znajdziesz tu kremy przeciwzmarszczkowe, serum, toniki, żele micelarne, peelingi i maski. W składach aktywnych kwas hialuronowy, retinol, witamina C, peptydy i kolagen.

Pielęgnacja ciała - balsamy i mleczka do ciała, masła, peelingi, produkty antycellulitowe. Seria Egyptian Miracle, stworzona na bazie naturalnej egipskiej receptury, to jeden z hitów tej kategorii.

Pielęgnacja dłoni, stóp i paznokci - lakiery, odżywki, kremy do rąk i stóp, produkty terapeutyczne.

Pielęgnacja włosów - szampony, odżywki, maski i wcierki.

W 2020 roku oferta marki przekroczyła próg tysiąca produktów. Tysiąca! Trudno znaleźć inną polską markę kosmetyczną z tak szerokim portfolio.

Eksport - polska marka, która podbiła 80 krajów

Tu dochodzimy do czegoś, czym Eveline Cosmetics może się naprawdę pochwalić. Firma eksportuje swoje produkty do ponad 80 krajów na całym świecie. Eksport stanowi ogromną część sprzedaży - w 2011 roku wynosił już około 80% całej wartości sprzedaży. To odwrotna proporcja niż u większości polskich producentów, dla których rynek zagraniczny jest tylko dodatkiem do krajowego.

Gdzie konkretnie trafiają polskie kosmetyki z Lesznowoli? Lista jest naprawdę imponująca. W Europie - Francja, Niemcy, Hiszpania, Portugalia, Holandia, Bułgaria, Chorwacja, Finlandia, Ukraina. Na Bliskim Wschodzie - Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Kuwejt. W Azji - Hong Kong, Singapur, Kazachstan. W Afryce - Maroko, Egipt, a nawet Mauritius. Na Karaibach - Kuba.

To geograficzne zróżnicowanie jest nie tylko ciekawe, ale i strategicznie ważne. Eveline nie jest uzależnione od jednego rynku. Nawet jeśli sytuacja polityczna lub ekonomiczna w jednym regionie się zmienia, firma ma bufory bezpieczeństwa w innych częściach świata.

Regularny udział w międzynarodowych targach od Bolonii, przez Dubaj, po Hongkong, to wyraz konsekwentnego budowania globalnej sieci dystrybucji. Eveline gra w tej samej lidze co wielkie koncerny kosmetyczne, choć pozostaje firmą w pełni polską i rodzinną.

Nagrody i wyróżnienia - marka doceniana na świecie

Jakość Eveline Cosmetics nie jest tylko marketingowym sloganem. Firma regularnie zdobywa prestiżowe wyróżnienia branżowe. W ostatnich latach marka otrzymała tytuł Kobiecej Marki Roku 2025 i Międzynarodowego Sukcesu Roku 2025, a w 2024 roku - Vogue Beauty Awards jako polska marka roku. Seria Super Needles zdobyła specjalną nagrodę Vogue Beauty Awards. Eveline regularnie pojawia się w rankingu najcenniejszych polskich marek Rzeczpospolitej oraz w zestawieniu Top 200 Najlepszych Polskich Marek magazynu Forbes.


Wpływ na polską gospodarkę - więcej niż tylko kosmetyki

Zanim zakończymy, warto zastanowić się, co tak naprawdę oznacza istnienie takiej firmy jak Eveline Cosmetics dla Polski jako całości.

Przede wszystkim ponad 600 miejsc pracy, zlokalizowanych w Polsce, w Lesznowoli. To stałe, dobrze płatne miejsca pracy dla specjalistów w dziedzinie chemii, kosmetologii, produkcji, marketingu, logistyki. Firma od ponad czterech dekad tworzy lokalną wartość dodaną. Kupuje surowce, korzysta z usług firm zewnętrznych, płaci podatki w Polsce.

Po drugie - miliardowe przychody z eksportu. Kiedy polska firma sprzedaje kosmetyki za granicą, do Polski napływa twardy zarobek w obcej walucie. To realna korzyść dla bilansu handlowego kraju. W czasach, gdy wiele branż wciąż bardziej importuje niż eksportuje, Eveline jest pozytywnym wyjątkiem.

Po trzecie - PR-owy sukces całego kraju. Kiedy klientka we Francji, w Dubaju czy Singapurze kupuje krem z polską flagą na etykiecie, buduje to skojarzenie Polski z jakością i innowacją. Soft power marki działa na reputację całego „Made in Poland".

I po czwarte - ta historia z „Eweliną Kosmetyczną" pokazuje coś ważnego: polska firma może być globalna i jednocześnie swojska, poważna i jednocześnie umieć się śmiać. W dobie internetu to rzadka i cenna umiejętność.


Podsumowanie - Ewelina to nie żart, to symbol

Historia Eveline Cosmetics i viralowej „Eweliny Kosmetycznej" to opowieść o kilku rzeczach naraz. O polskiej przedsiębiorczości, która przez ponad 40 lat konsekwentnie budowała markę od zera do globalnego gracza. O firmie, która produkuje w Polsce, zatrudnia Polaków i eksportuje polską jakość na cały świat. I o tym, że nawet najbardziej „korporacyjna" marka może być ludzka, gdy tylko na to pozwoli.

Tosia, niewinnie przekręcając nazwę marki podczas jednego z najbardziej wzruszających wydarzeń w historii polskiego internetu, zrobiła Eveline Cosmetics reklamę wartą dziesiątki milionów. Ale żeby ten moment zadziałał, firma musiała być gotowa go przyjąć z humorem, ciepłem i autentycznością. I to właśnie zrobiła.

Więc następnym razem, gdy sięgniesz po krem czy maskarę z napisem Eveline pamiętaj, że to nie tylko kosmetyk. To 40 lat polskiej historii, tysiąc produktów, 80 krajów eksportu i mała dziewczynka imieniem Tosia, która zmieniła markę na zawsze.


Jak duża jest polska branża motoryzacyjna?

 

polska branża motoryzacyjna

Gdy mówi się o polskim przemyśle motoryzacyjnym, większość ludzi myśli od razu o fabrykach Stellantisa w Tychach, Volkswagenie w Poznaniu albo Toyocie w Wałbrzychu. I trudno się dziwić, to właśnie te gigantyczne zakłady dominują w statystykach produkcyjnych. Ale czy wiesz, że za tym wielkim murem zagranicznych marek kryją się też całkiem sporzy polscy gracze? Firmy zbudowane polskim kapitałem, polskim pomysłem i często polskim uporem od zera?

Zanim jednak przejdziemy do tego, co naprawdę polskie w tej branży, sprawdźmy, jak wielki jest ten tort, o którym rozmawiamy.


Gigant na skalę europejską - liczby, które robią wrażenie

Polska branża motoryzacyjna to nie jest żaden margines europejskiego przemysłu. To jeden z filarów całej naszej gospodarki. Przemysł motoryzacyjny odpowiada za 8% PKB oraz za ok. 13,5% wartości eksportu. Pomyśl o tym przez chwilę, co ósma złotówka wartości wytworzonej w Polsce pochodzi bezpośrednio lub pośrednio z motoryzacji. To naprawdę imponujące.

Jeśli chodzi o samą produkcję, w 2023 roku branża pobiła rekord wartości produkcji sprzedanej, osiągając poziom 236,5 mld złotych. Rekordowy okazał się też eksport, który przekroczył 50 mld euro. Tak, dobrze czytasz, ponad 200 miliardów złotych. To więcej niż budżety wielu państw europejskich na wydatki społeczne.

A ludzie? Po trzech kwartałach 2024 roku przeciętne zatrudnienie w zakładach produkcyjnych pojazdów, przyczep i naczep oraz części i akcesoriów wyniosło 201 tysięcy osób. To dwa razy więcej niż liczba mieszkańców Suwałk. W 2024 roku sektor zapewniał miejsca pracy dla około 240-340 tysięcy osób, wliczając dostawców komponentów pierwszego, drugiego i trzeciego rzędu oraz firmy świadczące usługi logistyczne, kontrolne, projektowe i informatyczne.

Na tle Europy wyglądamy naprawdę dobrze. Polska znajduje się w trójce krajów z największym zatrudnieniem w sektorze automotive w Europie. Jesteśmy też poważnym eksporterem podzespołów. Polska zajmuje siódme miejsce na liście największych eksporterów podzespołów na świecie, z wartością eksportu 15,1 mld dolarów.

Nie brakuje jednak i ciemniejszych stron. Udział kapitału polskiego w branży motoryzacyjnej pozostaje niewielki - przedsiębiorstwa z kapitałem zagranicznym wypracowały w 2024 roku aż 75% zysków tego sektora. Innymi słowy większość wartości, która tu powstaje, odpływa do zagranicznych central. To jest właśnie ten słoń w pokoju, o którym rzadko się mówi głośno.

Skoro wiemy już, jak duży jest ten przemysł i kto nim faktycznie rządzi, czas przyjrzeć się tym, którzy walczą o polską część tego rynku.


Jelcz - legenda, która wróciła z martwych

Jeśli jest jedna marka, która idealnie symbolizuje wszystkie wzloty i upadki polskiej motoryzacji, to właśnie Jelcz. Firma działa nieprzerwanie od 1952 roku i w tym czasie wyprodukowała kilkaset tysięcy pojazdów cywilnych, w tym ciężarówek i autobusów. Kultowy „Ogórek" - Jelcz 043. Przez dekady woził Polaków po miastach i na długo przed jakimikolwiek importowanymi autobusami wyznaczał standardy komunikacji miejskiej.

Potem przyszły trudne czasy transformacji. Długi rosły, fabryka traciła pracowników, produkcja autobusów cywilnych wygasała. Ostatni autobus zjechał z taśmy montażowej w 2008 roku. W tym samym roku sąd ogłosił upadłość Zakładów Samochodowych Jelcz S.A. Wydawało się, że to koniec legendy. Ale nie było.




W wyniku przekształceń powstała nowa spółka Jelcz Sp. z o.o. - która trafiła pod skrzydła Polskiej Grupy Zbrojeniowej. I tu zaczął się zupełnie nowy rozdział. Jelcz zyskał kluczową rolę w programach modernizacyjnych Sił Zbrojnych RP i koncentruje się wyłącznie na rynku wojskowym, gdzie pozostaje jednym z kluczowych dostawców pojazdów terenowych i ciężarowych.

Dziś ciężarówki Jelcz są dosłownie wszędzie w polskiej armii. Są kluczowymi elementami systemów obrony powietrznej WISŁA, NAREW i PILICA, wchodzą też w skład systemu antydronowego SAN, pełnią służbę w Morskiej Jednostce Rakietowej, u radiotechników i u artylerzystów. Na Jelczach montuje się wyrzutnie rakietowe Homar-K i Homar-A. To nie jest już zwykła ciężarówka, to kręgosłup logistyczny całej polskiej armii.

A jeśli chodzi o nowe projekty, Jelcz idzie na całość. Trzecia generacja samochodów Jelcz z niezależnym zawieszeniem została stworzona od podstaw przez polskich inżynierów. Powstały dwa typy, trzyosiowy model 663.45 oraz czteroosiowy wóz 883.57. Pojazdy te zaprojektowano z myślą o wymogach współczesnego pola walki, wyposażając je w opancerzone kabiny i nowoczesne układy napędowe.

Skala inwestycji robi wrażenie. Polska Grupa Zbrojeniowa i spółka Jelcz podpisały 5 marca 2026 roku umowę inwestycyjną dotyczącą budowy nowej fabryki oraz zwiększenia zdolności produkcyjnych zakładu w Jelczu-Laskowicach, przeznaczając na ten cel ponad 756 milionów złotych. Dla porównania jeszcze kilka lat temu z hali wyjeżdżało 350 pojazdów rocznie. Obecne moce produkcyjne zakładu wynoszą około 500 pojazdów wszystkich typów, a w zakładzie zatrudnionych jest niespełna tysiąc pracowników. Zgodnie z planem Jelcz ma produkować 700 wozów rocznie, a w perspektywie kilku lat liczba ta wzrośnie do tysiąca pojazdów.

Jelcz to dowód na to, że polska myśl inżynierska potrafi wygrywać, trzeba jej tylko dać odpowiednie warunki.


Autosan - sanocki feniks z Podkarpacia

Kto pamięta stare, biało-niebieskie autobusy marki Autosan jeżdżące po beskidzkich górach, ten wie, że ta marka jest czymś więcej niż tylko pojazdem. To kawałek polskiej historii i tożsamości.

Historia fabryki Autosan sięga 1832 roku, kiedy to dwaj powstańcy listopadowi Walenty Lipiński i Mateusz Beksiński uruchomili w Sanoku zakład stolarsko-kowalski. Przez niemal dwa wieki zakład przechodził kolejne metamorfozy - od kotłów przez wagony kolejowe, tramwaje, aż wreszcie do autobusów.

Autosan ma za sobą swój własny trudny rozdział. W 2013 roku firma ogłosiła upadłość, co mocno zaskoczyło branżę. Odrodzenie nastąpiło dzięki wchłonięciu przez Hutę Stalowa Wola, a przez nią do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Dziś Autosan działa jako oddział HSW S.A. i ma dwa wyraźne oblicza: cywilne i wojskowe.

W obszarze cywilnym Autosan konsekwentnie inwestuje w technologie przyszłości. W 2021 roku firma wprowadziła na polski rynek pierwsze autobusy elektryczne AUTOSAN, wyprodukowała pierwszy autobus zasilany wodorem, a także zaprezentowała pierwsze z dziewięćdziesięciu przegubowych autobusów na ciekły gaz ziemny LNG, przeznaczonych dla Warszawy. To naprawdę niezłe osiągnięcie jak na fabrykę z Podkarpacia - elektryczny, wodorowy i gazowy jednocześnie.

W ramach projektu „Autobus z tylnym, zewnętrznym, elektrycznym układem napędowym" konsorcjum HSW S.A. Oddział Autosan w Sanoku oraz Sieć Badawcza Łukasiewicz - Przemysłowy Instytut Motoryzacji zaprojektowało i wyprodukowało innowacyjny autobus o nazwie AUTOELEKTROSAN. To ciekawy projekt, bo przesuwa napęd i baterie do tylnej części pojazdu, co otwiera zupełnie nowe możliwości w projektowaniu przestrzeni pasażerskiej.

Autosan jest też ściśle powiązany z Jelczem. Zakład z Sanoka przejął produkcję najpopularniejszego modelu Jelcz 442.32, co pozwoli na uwolnienie mocy produkcyjnych w zakładzie w Jelczu-Laskowicach. W praktyce sanocka fabryka stała się drugą linią montażową wojskowych ciężarówek, co pokazuje, jak dobrze polska myśl przemysłowa potrafi kooperować wewnątrz grup kapitałowych.


Wielton - polska naczepa podbija Europę

Gdyby ktoś w 1996 roku powiedział Ryszardowi Proznerowi i Krzysztofowi Tylkowskiemu, że ich mały warsztat w Wieluniu stanie się jednym z największych producentów naczep na świecie, pewnie by się roześmiali. A jednak tak się stało.

Wszystko zaczęło się od warsztatu samochodowego, gdzie przerabiali sprowadzane naczepy ciągników siodłowych, by w 1996 roku założyć własne przedsiębiorstwo produkujące naczepy. Dziesięć lat później firma została przejęta przez Pawła i Mariusza Szataniaków oraz przekształcona w spółkę akcyjną. Rok później nowi właściciele wprowadzili Wielton na Giełdę Papierów Wartościowych.

wielton produkcja
źróło: wielton.com.pl

I tu zaczął się prawdziwy marsz po Europę. Od kilku lat Wielton przejmuje kolejne zagraniczne przedsiębiorstwa - francuską spółkę Fruehauf (2015), włoską Viberti Rimorchi (2015), niemieckiego producenta naczep Langendorf (2017) oraz brytyjską firmę Lawrence David (2018). To ewidentna strategia ekspansji, która pozwoliła polskiej firmie wejść na rynki zachodnioeuropejskie pod silnymi lokalnymi markami.

Wielton SA jest trzecim największym producentem naczep w Europie i liderem rynkowym w kilku krajach Europy Środkowej i Wschodniej oraz Azji Centralnej. Podkreślmy to wyraźnie, trzecie miejsce w Europie zajmuje firma z Wielunia w województwie łódzkim. To nie jest przypadek ani chwilowy blask, to efekt konsekwentnej pracy przez kilka dekad.

wielton
źróło: wielton.com.pl

Na 3000 pracowników zatrudnionych w firmie pracuje około 300 inżynierów, którzy nadzorują optymalizację procesu produkcyjnego oraz starają się o stałe wprowadzanie nowości technologicznych. Wielton inwestuje też w R&D. Posiada Centrum Badawczo-Rozwojowe, jedno z zaledwie dwóch tego rodzaju obiektów w całej Europie.

W 2025 roku spółka podpisała umowę ramową o współpracy z Jelczem, w ramach której będzie dostarczać komponenty strukturalne i świadczyć usługi montażu dla polskiego producenta ciężarówek. Dobre połączenie dwóch polskich potęg.


Inter Cars - polskie imperium dystrybucji

Kiedy twój mechanik zamawia część do samochodu i dostaje ją następnego dnia rano, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przeszła przez Inter Cars. Ta warszawska firma to prawdziwy gigant i jedna z niewielu polskich marek, która zdominowała swój rynek nie tylko w Polsce, ale w całej Europie Środkowej i Wschodniej.

Inter Cars S.A. to lider w sprzedaży części zamiennych w krajach Europy Środkowo-Wschodniej i drugie największe tego typu przedsiębiorstwo w Europie. Firma posiada sprzedaż naziemną w postaci ponad 600 filii w 20 krajach Europy. To imponująca sieć, zbudowana od zera przez polskich przedsiębiorców.




Inter Cars to firma rodzinna, która została założona w 1990 roku przez Krzysztofa Oleksowicza, Piotra Oleksowicza oraz Andrzeja Oliszewskiego. Z małego sklepu z częściami w Warszawie wyrosło przedsiębiorstwo o europejskiej pozycji. W ubiegłym roku spółka sprzedała produkty do aut osobowych, pojazdów ciężarowych czy autobusów warte ponad 17 miliardów złotych.

Sercem operacyjnym grupy jest gigantyczne centrum logistyczne ILS. Centrum logistyczne ILS jest największym tego typu obiektem w branży motoryzacyjnej w Europie Środkowo-Wschodniej, z około 45 tysiącami metrów kwadratowych powierzchni. Łączna długość zastosowanego taśmociągu to około 11 tysięcy kilometrów. Porównywalna z odległością z Warszawy do Tokio. Tylko wyobraź sobie, co to za infrastruktura.

Inter Cars to piękny przykład na to, że polskie firmy potrafią nie tylko produkować, ale też zbudować sprawną sieć dystrybucji, która obsługuje cały kontynent.


Polskie firmy podzespołowe - niewidoczni mistrzowie

Oprócz wielkich graczy działa w Polsce cały ekosystem mniejszych firm z polskim kapitałem, które dostarczają podzespoły do globalnych łańcuchów dostaw. To oni są prawdziwymi niewidzialnymi bohaterami polskiej motoryzacji.

Wśród 30 sklasyfikowanych w rankingu polskich producentów z branży motoryzacyjnej, ponad połowa - szesnaście firm, to producenci części i podzespołów. Znaczny udział mają też producenci naczep, przyczep i zabudów do samochodów - siedem firm oraz dwa producenci autobusów i dwie firmy wytwarzające pojazdy specjalne. Są też trzy spółki specjalizujące się w produkcji akumulatorów.

Polska wyspecjalizowała się szczególnie w wytwarzaniu podwozi, pasów bezpieczeństwa, foteli oraz silników benzynowych, a w ostatnich latach coraz większe znaczenie zyskała również produkcja akumulatorów litowo-jonowych.

Pasy bezpieczeństwa to wyjątkowo ciekawy przypadek. Polska jest europejskim liderem w produkcji tej części. Zakłady na terenie kraju wytwarzają miliony pasów rocznie, które trafiają do samochodów niemal wszystkich wielkich marek.

Podobna historia dotyczy foteli samochodowych, kilka polskich zakładów (zarówno z kapitałem zagranicznym, jak i z rodzimym) dostarcza siedzenia do fabryk w całej Europie.

Jakiś czas temu opisywaliśmy na blogu również polską firmę produkującą siłowniki gazowe FA Krosno, która dostarcza swoje produkty do dużych koncernów motoryzacyjnych.

Warto też wspomnieć o Fabryce Pojazdów Szynowych PESA z Bydgoszczy, która choć koncentruje się głównie na pojazdach szynowych, ma kompetencje techniczne i potencjał, które wpisują się w szerszy kontekst polskiej myśli inżynierskiej. To kolejny dowód na to, że Polska potrafi projektować i produkować zaawansowane pojazdy.


Co jest polskie, a co tylko „wyprodukowane w Polsce"?

Tu trzeba powiedzieć otwarcie: bardzo duża część tego, co powstaje w Polsce w branży motoryzacyjnej, powstaje w fabrykach firm zagranicznych. Volkswagen, Toyota, Stellantis, Fiat - to oni odpowiadają za większość wartości produkcji sprzedanej.

Przedsiębiorstwa z kapitałem zagranicznym wypracowały w 2024 roku aż 75% zysków tego sektora. Mówiąc wprost: zagraniczni inwestorzy zarabiają tu trzy czwarte wszystkich pieniędzy. Polskie firmy walczą o pozostałą jedną czwartą.

Firmy z polskim kapitałem są zwykle dużo mniejsze od zagranicznych konkurentów, ale stopniowo budują swoją pozycję i włączają się z sukcesem w międzynarodowe łańcuchy dostaw.

To nie jest powód do wstydu, jest to naturalna konsekwencja struktury transformacji lat 90., kiedy Polska otwierała się na zagraniczny kapitał i cieszyła się z każdej fabryki, która tu przyjeżdżała. I słusznie, te inwestycje stworzyły setki tysięcy miejsc pracy i transfer technologii. Pytanie o to, co z tym robimy dalej, co budujemy na własność.


Znaczenie branży dla polskiej gospodarki

Warto na koniec podsumować, co tak naprawdę daje motoryzacja polskiej gospodarce poza samymi cyframi.

Po pierwsze - miejsca pracy. Kilkaset tysięcy ludzi - mechanicy, spawacze, inżynierowie, logistycy - utrzymuje rodziny właśnie dzięki temu sektorowi. Dla wielu regionów jak Dolny Śląsk, Śląsk, Podkarpacie czy Łódzkie motoryzacja jest główną osią całego lokalnego rynku pracy.

Po drugie - transfer technologii. Zagraniczne fabryki przynosiły ze sobą nowoczesne procesy produkcyjne, standardy jakości i metody zarządzania. Polscy pracownicy i inżynierowie uczyli się i uczą w tych zakładach, a potem często zakładają własne firmy lub rozwijają lokalne dostawców.

Po trzecie - eksport. Motoryzacja odpowiada za ok. 13,5% wartości eksportu. Bez tej branży nasza nadwyżka handlowa byłaby znacznie skromniejsza, a złoty słabszy.

I wreszcie po czwarte - innowacje. Polskie firmy zaczynają wchodzić w coraz bardziej zaawansowane segmenty. Nowy Jelcz 3. generacji zaprojektowany przez polskich inżynierów od zera, wodorowy Autosan SANCITY, naczepy elektryczne Wieltonu, to przykłady tego, że polskie firmy motoryzacyjne nie chcą już tylko montować cudzych projektów, ale tworzyć własne.


Podsumowanie - mamy się czym pochwalić, ale droga przed nami długa

Polska branża motoryzacyjna to ponad 200 miliardów złotych produkcji rocznie, ponad 200 tysięcy bezpośrednich miejsc pracy i siódma pozycja na świecie wśród eksporterów podzespołów. To branża, która realnie napędza nasz PKB.

Polskie firmy z rodzimym kapitałem, nawet jeśli nie mamy własnej marki samochodu osobowego, zbudowały sobie silne nisze. Jelcz to jedyny polski producent wojskowych ciężarówek i kluczowy element systemu obronności kraju. Autosan z Sanoka produkuje autobusy elektryczne, gazowe i wodorowe. Wielton z Wielunia to trzecia firma produkująca naczepy w całej Europie. Inter Cars to numer dwa w dystrybucji części w Europie.

Czy to powód do dumy? Zdecydowanie tak. Czy jest co poprawić? Oczywiście szczególnie w zakresie udziału polskiego kapitału w zyskach sektora i konieczności wejścia w bardziej zaawansowane technologicznie segmenty rynku.

Bo jedno jest pewne: samochodów w Polsce na własnej marce może nie mamy, ale mamy ambicję, inżynierów i coraz więcej dowodów na to, że potrafimy budować coś trwałego.


Kupuj polskie. Ile pieniędzy naprawdę zostaje w Polsce, gdy wybierasz polskie produkty

 

kupuj polskie


Stoisz przy półce w sklepie. W jednej ręce jogurt polskiej mleczarni, w drugiej jogurt zagranicznej marki. Cena podobna, smak podobny. Sięgasz po ten z ładniejszą etykietą i idziesz dalej. Brzmi znajomo? Pewnie tak. Ale właśnie w tej chwili przy półce chłodniczej decydujesz, czy pieniądze zostają w Polsce, czy wyjeżdżają za granicę. I to nie jest hasło z patriotycznej ulotki. To twarda ekonomia, którą policzyli analitycy z Grant Thornton.

Zanim przejdziemy do konkretów, zadaj sobie jedno pytanie: czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, co tak naprawdę dzieje się z pieniędzmi, które zostawiasz w sklepie? Nie chodzi o to, ile zapłaciłeś. Chodzi o to, ile z tej kwoty zostaje w polskiej gospodarce, a ile trafia na konta firm w Niemczech, Francji czy Stanach Zjednoczonych.

79 groszy kontra 25 groszy - różnica, która zmienia wszystko

Grant Thornton, jedna z czołowych firm doradczych na świecie, przeprowadził szczegółową symulację w ramach kampanii „Wybieram 590" i opublikował wyniki w raporcie dostępnym na swojej stronie. Wyniki są konkretne, a przy tym szczerze mówiąc, dość zaskakujące nawet dla osób, które myślały, że mają pojęcie o ekonomii.

Oto co wynika z analizy:

Jeśli wydasz złotówkę na produkt wytworzony w Polsce, przez firmę z polskim kapitałem (to tak zwana Grupa 1 w raporcie), w polskiej gospodarce zostaje 79 groszy. Prawie cztery piąte tej kwoty kręci się dalej w krajowym obiegu - trafia do polskich pracowników jako wynagrodzenia, do polskiego budżetu jako podatki, do polskich dostawców i podwykonawców jako płatności za usługi.

Ale jeśli sięgniesz po produkt wytworzony za granicą, przez zagraniczną firmę (Grupa 4), z tej samej złotówki w Polsce zostaje tylko 25 groszy. Trzy czwarte pieniędzy odpływa za granicę.

Różnica wynosi 54 grosze na każdej złotówce. To może brzmi jak drobnostka. Ale przestań myśleć o jogurcie i pomyśl o skali całej polskiej konsumpcji.

Skala zjawiska: miliardy złotych w grze

W 2018 roku (obrazowo weźmy rok ujęty w raporcie, obecnie są to oczywiście większe kwoty) konsumpcja w Polsce wyniosła ponad 1216 miliardów złotych. To ogromna liczba, więc przetłumaczmy ją na coś bardziej przyswajalnego.

Gdyby każdy Polak zmienił swoje nawyki zakupowe zaledwie o 1 procent - kupował o jeden procent więcej polskich produktów zamiast zagranicznych, w polskiej gospodarce zostawałoby dodatkowo 6,6 miliarda złotych rocznie. Rocznie. Bez żadnych zmian w prawie, bez nowych programów rządowych, bez dotacji unijnych. Po prostu dzięki temu, że podczas codziennych zakupów częściej sięgamy po polskie produkty.

A gdyby ta zmiana wyniosła 10 procent? Mówimy już o 66 miliardach złotych dodatkowych oszczędności krajowych. To pieniądze, które mogłyby finansować inwestycje polskich firm, nowe miejsca pracy, rozwój technologiczny, lepsze drogi i szpitale, bo większe dochody firm to wyższe podatki i wyższe wynagrodzenia pracowników.

Żeby to jakoś zwizualizować: 66 miliardów złotych to mniej więcej równowartość całego rocznego budżetu NFZ (w 2018 r.). Albo kilka autostrad. Albo setki nowoczesnych fabryk. To nie jest abstrakcja, to realne pieniądze, które mogą zostać w Polsce lub nie, w zależności od naszych codziennych wyborów.

Ale chwila - co to znaczy „polskie”?

I tutaj dochodzimy do sprawy, która jest często nierozumiana albo celowo zamglana przez marketing. Słowo „polskie" w kontekście produktów ma kilka wymiarów i nie wszystkie są równie wartościowe z punktu widzenia polskiej gospodarki.

Raport Grant Thornton wyróżnia cztery główne grupy produktów:

Grupa 1: Polska firma + produkcja w Polsce. To jest ten pełnowartościowy wariant. Firma jest zarejestrowana w Polsce, ma polskich właścicieli lub akcjonariuszy, płaci podatki w Polsce, zatrudnia polskich pracowników, kupuje surowce od polskich dostawców, a sam produkt jest wytwarzany na terenie kraju. Z każdej wydanej złotówki 79 groszy zostaje w Polsce.

Grupa 2: Zagraniczna firma + produkcja w Polsce. Tu jest już bardziej skomplikowanie. Zakład produkcyjny stoi w Polsce, zatrudnia polskich pracowników, płaci podatki lokalne i kupuje część surowców od polskich dostawców. Jednak część zysku trafia do zagranicznej centrali. Z każdej złotówki w Polsce zostaje mniej niż w Grupie 1, ale i tak znacznie więcej niż w przypadkach, gdy produkt w ogóle nie jest wytwarzany w Polsce.

Grupa 3: Polska firma + produkcja za granicą. Scenariusz coraz częstszy przy produktach odzieżowych czy elektronicznych. Marka jest polska, właściciel jest Polakiem, ale produkcja odbywa się w Azji albo gdzie indziej. Część łańcucha wartości (design, marketing, dystrybucja, zarządzanie) pozostaje w Polsce, ale fizyczna produkcja nie.

Grupa 4: Zagraniczna firma + produkcja za granicą. Tutaj 75 groszy z każdej złotówki odpływa poza Polskę. Zostaje tylko ćwierć, głównie jako wynagrodzenia sprzedawców w polskich sklepach, VAT-owska część podatku i koszty lokalnej dystrybucji.

ile zostaje  w polsce raport grantthornton
źródło: https://grantthornton.pl

Dlatego, gdy ktoś mówi ci „to polskie", zawsze warto dopytać: w jakim sensie? Czy chodzi o markę, o miejsce produkcji, o właściciela firmy, o miejsce płacenia podatków? Te pytania mają realne znaczenie ekonomiczne.

Jak pieniądze krążą w polskiej gospodarce? Łańcuch wartości po polsku

Wyobraź sobie, że kupujesz polskie masło od polskiej spółdzielni mleczarskiej. Co się dzieje z twoją złotówką?

Część trafia do mleczarni jako przychód. Mleczarnia płaci za mleko polskim rolnikom - pieniądze zostają w Polsce. Mleczarnia zatrudnia polskich pracowników, więc pensje zostają w Polsce i są wydawane na inne polskie produkty i usługi (efekt mnożnikowy). Mleczarnia płaci podatki - trafiają do polskiego budżetu i finansują drogi, szkoły, szpitale. Mleczarnia kupuje energię od polskich dostawców - pieniądze zostają. Kupuje opakowania od polskiej drukarni - pieniądze zostają. Korzysta z usług polskiej firmy transportowej - pieniądze zostają.

Teraz wyobraź sobie to samo masło, ale importowane z Niemiec. Rolnicy i pracownicy są niemieccy, podatki idą do niemieckiego budżetu, dostawcy energii, opakowań i transportu są z tamtego rynku. W Polsce zostaje tylko marża sieci handlowej i wynagrodzenia polskich kasjerek.

To nie jest teoria, to rzeczywistość tysięcy codziennych transakcji, które zbiorowo decydują o tym, jak szybko Polska się bogaci.

Polskie firmy, polskie fabryki - kto tworzy miejsca pracy w Polsce?

Polska gospodarka to nie tylko duże korporacje i zagraniczne inwestycje. To przede wszystkim setki tysięcy małych i średnich przedsiębiorstw, rodzinnych firm produkcyjnych, lokalnych wytwórców - od piekarni w Podlasiu po fabrykę okien na Śląsku.

Weźmy kilka przykładów z różnych branż, żeby zobaczyć, jak wygląda polska produkcja w praktyce.

Przemysł spożywczy to jeden z filarów polskiej gospodarki. Polska jest jednym z największych producentów żywności w Europie. Eksportujemy jabłka, mięso drobiowe, produkty mleczne, przetwory owocowo-warzywne. Firmy takie jak Mlekovita, Mapex, Colian czy Cedrob mają zakłady produkcyjne w Polsce, zatrudniają dziesiątki tysięcy pracowników i korzystają z polskich surowców rolnych. Kupując ich produkty, wspierasz bezpośrednio łańcuch: polski rolnik → polska przetwórnia → polska logistyka → polski budżet.

Przemysł meblarski to kolejny obszar, w którym Polska jest europejską potęgą. Polskie meble eksportuje się do całej Europy i na inne kontynenty. Fabryki mebli w Trójmieście, Wielkopolsce, na Kujawach i Opolszczyźnie zatrudniają łącznie kilkaset tysięcy osób. Firmy takie jak Black Red White, Grupa Nowy Styl czy FOX to nie tylko marki, to realne zakłady produkcyjne na polskiej ziemi, płacące podatki w Polsce i dające utrzymanie polskim rodzinom.

Branża odzieżowa i obuwnicza bywa zdradliwa, bo wiele znanych polskich marek produkuje dziś za granicą. Ale są wyjątki - firmy, które konsekwentnie trzymają produkcję w Polsce, jak niektóre zakłady z regionu łódzkiego, kieleckiego czy krakowskiego. Tu naprawdę warto sprawdzić, gdzie jest szyta koszula.

Chemia i farmacja to kolejna branża z silnymi polskimi graczami. Polpharma, Aflofarm, Hasco-Lek czy Adamed to firmy, które produkują leki i suplementy w Polsce, zatrudniają polskich naukowców i inżynierów, inwestują w polskie laboratoria badawcze. Kiedy kupujesz ich produkt zamiast zagranicznego odpowiednika, wspierasz nie tylko miejsca pracy na linii produkcyjnej, ale też miejsca pracy dla polskich farmaceutów i chemików.

Zagraniczne firmy w Polsce - czy to jeszcze „polskie"?

To pytanie jest ważne i uczciwa odpowiedź jest taka: to zależy. Wiele dużych zagranicznych koncernów wybudowało w Polsce swoje zakłady produkcyjne i zatrudnia tu dziesiątki tysięcy pracowników. Toyota w Wałbrzychu, Volkswagen w Poznaniu, LG w Mławie, Bridgestone w Poznaniu czy Amazon w kilku polskich miastach, to wszystko firmy zagraniczne, ale ich obecność w Polsce ma realny pozytywny wpływ na gospodarkę.

Kiedy zagraniczna firma produkuje w Polsce, w kraju zostają:

  • wynagrodzenia polskich pracowników,

  • podatki od tych wynagrodzeń i podatki lokalne,

  • płatności dla polskich dostawców surowców i usług,

  • inwestycje w infrastrukturę i nieruchomości.

To mniej niż w przypadku w pełni polskiej firmy (bo część zysku odpływa do centrali za granicą), ale i tak znacznie więcej niż przy produkcie importowanym w całości.

Raport Grant Thornton jasno to pokazuje: produkt zagranicznej firmy wytwarzany w Polsce daje polskiej gospodarce więcej niż produkt zagranicznej firmy wytwarzany za granicą. To ważna subtelność - nie chodzi o to, żeby bojkotować wszystko, co nie ma polskich właścicieli, ale żeby preferować to, co jest wytwarzane na polskim terytorium.

Pułapka „polsko brzmiących" marek

Tu musimy chwilę zatrzymać się przy zjawisku, które można by nazwać patriotycznym marketingiem bez patriotycznej treści. Na polskim rynku działają marki, które brzmią bardzo swojsko, mają w nazwie polskie słowa, używają biało-czerwonych barw w reklamach i grają na nutę polskości, ale ich produkcja odbywa się za granicą, właścicielem jest zagraniczny fundusz, a podatki płacone są w innym kraju.

To nie jest żadne przestępstwo i nie trzeba od razu krzyczeć o oszustwie. Ale jako konsumenci powinniśmy być na to wrażliwi. Gdy kupujesz produkt „brzmiący polsko", sprawdź kod kreskowy, sprawdź informację na opakowaniu o miejscu produkcji, sprawdź, kim jest właściciel marki. Kilka sekund poszukiwań może całkowicie zmienić obraz.

Z drugiej strony mamy sytuację odwrotną: polskie firmy produkujące w Polsce, które wybrały angielskojęzyczne lub neutralne nazwy, żeby lepiej się eksportowało. LPP (Reserved, Cropp, House, Mohito, Sinsay) to polska firma z Gdańska, notowana na GPW, której zarząd, właściciele i centralny oddział są w Polsce, nawet jeśli część produkcji odbywa się za granicą. CCC to polska firma z Polkowic. PZU czy Link4 to polskie firmy ubezpieczeniowe. CD Projekt czy Asseco to polskie firmy technologiczne. Nie wszystkie mają „polsko brzmiące" nazwy, ale są bardzo polskie.

Co mówi ekonomia? Efekt mnożnikowy w praktyce

Ekonomiści od lat opisują zjawisko zwane efektem mnożnikowym. Chodzi o to, że każda złotówka wydana w gospodarce nie znika - krąży, napędzając kolejne transakcje. Pracownik polskiej mleczarni dostaje wynagrodzenie i wydaje je na obiad w polskiej restauracji. Właściciel restauracji płaci czynsz polskiemu właścicielowi lokalu. Ten remontuje mieszkanie i zatrudnia polskiego hydraulika. Hydraulik kupuje polskie materiały budowlane. I tak dalej.

Im więcej pieniędzy zostaje w polskim obiegu, tym silniejszy jest ten efekt. Każda złotówka wydana na polskie produkty generuje w polskiej gospodarce znacznie więcej niż jeden złoty wartości. To jest sedno całej historii.

infografika kupuj polskie

Natomiast gdy pieniądze odpływają za granicę, ten łańcuch się urywa. Zagraniczna centrala dostaje swój zysk, który zasila gospodarkę innego kraju. Tamci pracownicy jedzą obiady w tamtejszych restauracjach, tamtejsi właściciele nieruchomości remontują swoje domy, tamtejsi hydraulicy kupują tamtejsze materiały.

To nie jest zerojedynkowy podział na „dobre" i „złe". To po prostu opis tego, jak pieniądze płyną w zglobalizowanym świecie. A my jako konsumenci mamy realny wpływ na kierunek tego przepływu.

Czy to znaczy, że mamy całkowicie unikać zagranicznych produktów?

Absolutnie nie. I tu warto zacytować samych autorów raportu Grant Thornton, którzy wprost piszą, że zdrowa konkurencja z zagranicznymi produktami jest potrzebna. Mobilizuje polskich producentów do innowacyjności, obniżania kosztów i podnoszenia jakości. Zamknięta gospodarka bez zagranicznej konkurencji szybko traci dynamikę i staje się nieefektywna. Historia to wielokrotnie potwierdziła.

Chodzi o coś innego: o świadomość. O to, żeby przy wyborze między produktem polskim a zagranicznym podobnej jakości i podobnej ceny nie kierować się tylko nawykiem czy ładniejszą etykietą, ale też wiedzieć, co ten wybór oznacza dla polskiej gospodarki.

Chodzi też o to, żeby doceniać polskie produkty, które konkurują jakością. Polskie jabłka smakują doskonale i nie ma powodu kupować importowanych. Polskie sery rzemieślnicze mogą dorównywać europejskim odpowiednikom i warto po nie sięgać, nawet jeśli są nieco droższe. Polskie kosmetyki, polskie oprogramowanie, polska odzież, polskie usługi finansowe. Wszystkie te kategorie mają świetnych krajowych dostawców, których warto wspierać.

Jak rozpoznać polskie produkty? Praktyczny poradnik

Skoro wiemy już, dlaczego warto kupować polskie, czas powiedzieć, jak to robić.

Kod kreskowy zaczyna się od 590 - to podstawowy sygnał, że mamy do czynienia z polskim producentem zarejestrowanym w Polsce. Nie gwarantuje produkcji w Polsce, ale to dobry punkt startowy.

Informacja na etykiecie „Wyprodukowano w Polsce" - to prawnie wiążące stwierdzenie. Jeśli jest na opakowaniu, produkt został wytworzony w Polsce (choć niekoniecznie przez polską firmę).

Aplikacje i strony pomocowe - na rynku dostępne są aplikacje mobilne (np. Pola), które po zeskanowaniu kodu kreskowego mówią ci, czy produkt jest polski. Warto również skorzystać z naszej autorskiej Listy Polskich Firm, w której prezentujemy kilkaset największych i najpopularniejszych firm z polskim kapitałem.

Lokalność - produkty z lokalnych targowisk, od lokalnych producentów, z regionalnych mleczarni czy piekarni to niemal zawsze bezpieczny wybór. Tu nie ma wątpliwości co do polskości.

Research przed zakupem - przy droższych produktach (meble, sprzęt AGD, elektronika, odzież) warto poświęcić chwilę na sprawdzenie, kto jest właścicielem marki i gdzie odbywa się produkcja.

Polskość jako przewaga konkurencyjna

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym warto wspomnieć. Polskie firmy, które produkują w Polsce i zatrudniają polskich pracowników, budują coś więcej niż tylko zysk. Budują know-how, kompetencje i tożsamość przemysłową kraju.

Gdy fabryka stoi w Polsce przez dekady, kształcone są kolejne pokolenia inżynierów, technologów i menedżerów. Budowane są sieci dostawców i podwykonawców. Tworzone są lokalne ekosystemy biznesowe. To jest kapitał, którego nie da się łatwo odtworzyć, jeśli raz się go straci przez przeniesienie produkcji za granicę.

Dlatego zakupy polskich produktów to nie tylko kwestia patriotyzmu. To inwestycja w długofalową zdolność Polski do prowadzenia zaawansowanej produkcji, do tworzenia dobrze płatnych miejsc pracy i do budowania własnych, silnych marek na rynku globalnym.

Podsumowanie: twój zakup to twój głos

Każdego dnia Polacy dokonują dziesiątek milionów decyzji zakupowych. Każda z nich to głos w sprawie tego, jak wygląda polska gospodarka za pięć, dziesięć, dwadzieścia lat.

Analiza Grant Thornton opublikowana w raporcie „Wybieram 590" (dostępnym na grantthornton.pl) daje nam konkretne liczby: 79 groszy zostaje w Polsce z każdej złotówki wydanej na produkt polskiej firmy wytwarzany w Polsce, kontra 25 groszy w przypadku produktu zagranicznego. Zmiana nawyków zakupowych o zaledwie 1 procent oznacza ponad 6,6 miliarda złotych więcej w polskiej gospodarce każdego roku.

Nie chodzi o to, żeby zostać zakupowym misjonarzem i dręczyć rodzinę przy każdym wspólnym posiłku. Chodzi o to, żeby zacząć zwracać uwagę. Żeby przy podobnej jakości i podobnej cenie częściej sięgać po produkt, który utrzymuje polskie miejsca pracy, finansuje polskie szkoły i szpitale, i buduje polską siłę gospodarczą.

Następnym razem, gdy staniesz przy tej półce chłodniczej z jogurtem w każdej ręce, już wiesz, co zrobić z tą informacją.



Źródła: Raport Grant Thornton „Dokąd trafiają pieniądze, które wydajemy w sklepach?" przygotowany w ramach kampanii „Wybieram 590", dostępny na grantthornton.pl oraz pod adresem grantthornton.pl/wp-content/uploads/2019/10/Wybieram-590-RAPORT-v2-luty-2020.pdf


Polska ceramika podbija stoły świata - nie tylko Bolesławiec

 

Cermika Bolesławiec


Kiedy słyszysz polska ceramika, pewnie od razu myślisz o tych charakterystycznych, niebieskich wzorach w kwiatki z Bolesławca. I trudno się temu dziwić, to naprawdę ikona, produkt rozpoznawalny na całym świecie, sprzedawany od Tokio po Nowy Jork. Ale polska ceramika to o wiele, wiele więcej. To cała branża, która zatrudnia tysiące ludzi, generuje setki milionów złotych przychodów z eksportu i co chyba najważniejsze, jest dumą polskiego rzemiosła połączoną z nowoczesną myślą technologiczną.

Zanim jednak zaczniemy opowieść o konkretnych firmach i ich sukcesach, warto zatrzymać się na chwilę i zastanowić: dlaczego w ogóle polska ceramika jest tak dobra? Skąd się bierze ta jakość, która sprawia, że klienci z Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Japonii czy Australii chętnie sięgają po wyroby z polskich fabryk, często płacąc za nie wielokrotnie więcej niż za tanią ceramikę z Azji?

Odpowiedź jest prosta: tradycja, rzemiosło i autentyczność. To nie są puste słowa, to fundamenty, na których polskie firmy ceramiczne budują swoją przewagę konkurencyjną od dziesięcioleci, a w wielu przypadkach od stuleci.


Ceramika z gliny - polska tradycja sięgająca wieków


Polska leży w sercu Europy, na terenach bogatych w doskonałe złoża gliny. To nie przypadek, że właśnie tutaj od setek lat rozwijało się garncarstwo i ceramika użytkowa. Już w średniowieczu polscy garncerze cieszyli się renomą, a ich wyroby trafiały na stoły szlachty i mieszczaństwa. Wraz z industrializacją XIX wieku rzemieślnicze pracownie przekształciły się w fabryki, ale i to jest kluczowe - wiele z nich zachowało ręczne metody zdobienia, które do dziś stanowią o wyjątkowości polskich wyrobów.

talerz ceramiczny


Dziś polska branża ceramiczna jest jedną z najprężniejszych w Europie Środkowej. Składają się na nią zarówno duże zakłady przemysłowe zatrudniające setki pracowników, jak i małe, rodzinne manufaktury, które produkują zaledwie kilka tysięcy sztuk rocznie, ale każdy z tych egzemplarzy jest prawdziwym dziełem sztuki. Łączy je jedno: polska własność, polska praca i polska duma z tego, co wychodzi spod ich rąk.


Bolesławiec - ceramiczna stolica Polski i wizytówka na świecie


Nie ma co ukrywać, Bolesławiec to absolutny lider i największa marka, kiedy mówimy o polskiej ceramice. To miasto w Dolnym Śląsku, położone nad Bobrem, stało się prawdziwą ceramiczną stolicą nie tylko Polski, ale i Europy. Historia ceramiki w tym regionie sięga co najmniej XIV wieku, ale prawdziwy rozkwit nastąpił w XIX i XX wieku, kiedy to lokalni rzemieślnicy opracowali charakterystyczną technikę zdobienia stempelkiem, tworzącą te słynne, powtarzalne wzory w odcieniach niebieskiego, brązowego i zielonego.



Co sprawia, że bolesławiecka ceramika jest tak wyjątkowa? Przede wszystkim materiał. Lokalna glina o wyjątkowych właściwościach, wypalana w temperaturze ponad 1200 stopni Celsjusza, co sprawia, że wyroby są niezwykle trwałe, odporne na temperaturę i zmywarki. Ale to nie tylko kwestia techniki, to przede wszystkim wzornictwo, które jest wykonywane ręcznie przez wykwalifikowanych rzemieślników. Każdy wzór nanoszony jest stempelkiem lub pędzlem, co oznacza, że dwie talerze z tego samego wzoru nigdy nie będą identyczne.


Manufaktura Ceramiki Bolesławiec - perła z polskim kapitałem


Manufaktura Ceramiki Bolesławiec to jedna z najbardziej rozpoznawalnych firm w branży, działająca z polskim kapitałem i produkująca w samym sercu Bolesławca. Firma łączy tradycyjne metody rzemieślnicze z nowoczesnymi standardami produkcji. Wyroby tej manufaktury trafiają na rynki Europy Zachodniej, Ameryki Północnej, Japonii i Australii. Wyjątkowość firmy polega na tym, że każdy element dekoracyjny jest nadal nakładany ręcznie. Pracownicy przechodzą wieloletnie szkolenia, zanim zostaną dopuszczeni do samodzielnej pracy przy zdobieniu.

Manufaktura eksportuje znaczącą część swojej produkcji, a jej wyroby można znaleźć w prestiżowych sklepach i domach towarowych na całym świecie. Firma stale inwestuje w rozwój nowych wzorów, zatrudniając polskich projektantów i czerpiąc inspiracje z polskiej tradycji ludowej oraz współczesnych trendów w designie.


Ceramika Artystyczna w Bolesławcu - tradycja od pokoleń


Ceramika Artystyczna to kolejna firma z Bolesławca działająca z polskim kapitałem, która od dziesięcioleci produkuje wyroby ceramiczne na najwyższym poziomie. Założona przez polskich rzemieślników, przez lata rozwijała się jako przedsiębiorstwo rodzinne, przekazując wiedzę i umiejętności z pokolenia na pokolenie. Firma specjalizuje się w tradycyjnych wzorach bolesławieckich, ale równocześnie stale poszerza ofertę o nowe projekty skierowane do młodszych klientów.

Eksport stanowi znaczną część obrotów firmy. Ceramika Artystyczna sprzedaje swoje wyroby głównie do Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Austrii i krajów Beneluksu, ale jej produkty trafiają też na bardziej egzotyczne rynki - do Japonii, Korei Południowej i Australii. Co ciekawe, firma szczególnie dba o to, żeby każdy wyrób był opatrzony informacją o polskim pochodzeniu i ręcznym wykonaniu, to dla klientów na całym świecie ogromna wartość dodana.


Polska ceramika artystyczna i użytkowa - nowe pokolenie twórców


Polska ceramika to nie tylko wielkie zakłady przemysłowe. To też setki małych pracowni i manufaktur, w których artyści-rzemieślnicy tworzą wyroby jedyne w swoim rodzaju. W ostatnich latach obserwujemy w Polsce prawdziwy renesans ceramiki użytkowej i artystycznej. Coraz więcej młodych ludzi kończy szkoły artystyczne i decyduje się na otworzenie własnej pracowni ceramicznej.

Ten trend doskonale wpisuje się w globalny ruch powrotu do rękodzieła i autentyczności. Konsumenci na całym świecie, zmęczeni masową, bezobszarową produkcją, coraz chętniej sięgają po wyroby ręcznie wykonane, z duszą, z historią. I tu polska ceramika ma ogromny atut. Jej ręczne wykonanie, naturalne materiały i unikalne wzornictwo idealnie odpowiadają na te potrzeby.


Ceramika Avocado i nowe polskie marki


Ciekawym zjawiskiem ostatnich lat jest pojawienie się nowych polskich marek ceramicznych, które budują swój eksport niemal wyłącznie przez internet. Platformy takie jak Etsy, własne sklepy internetowe i media społecznościowe pozwalają małym polskim pracowniom ceramicznym docierać bezpośrednio do klientów na całym świecie, z pominięciem pośredników. To rewolucja w myśleniu o eksporcie rękodzieła.

Polskie ceramiczki i ceramicy obecni na Etsy osiągają nieraz znakomite wyniki sprzedażowe, obsługując zamówienia z USA, Kanady, Australii, Japonii i całej Europy. Ich wyroby - miski, kubki, doniczki, serwisy do kawy i herbaty, wypełnione są polską wrażliwością estetyczną i rzemieślniczą starannością. To nowe pokolenie polskich ceramicznych eksporterów, które buduje markę 'Made in Poland' w zupełnie inny sposób niż poprzednicy.


Polski eksport ceramiki - twarde liczby i miękkie wartości


Polskie wyroby ceramiczne eksportowane są do ponad 50 krajów na całym świecie. Choć trudno podać jedną, precyzyjną liczbę dla całej branży ze względu na jej zróżnicowanie, obejmuje zarówno ceramikę użytkową, artystyczną, sanitarną, jak i budowlaną. Skala tego eksportu jest naprawdę imponująca. Branża ceramiczna jest jednym z ważniejszych sektorów polskiego eksportu w kategorii wyrobów tradycyjnych i rzemieślniczych.

Niemcy, Austria, Szwajcaria i Holandia to tradycyjnie największe rynki zbytu dla polskiej ceramiki użytkowej i artystycznej. Konsumenci w tych krajach cenią sobie jakość, trwałość i autentyczność, a polska ceramika doskonale spełnia te kryteria. Coraz ważniejszym rynkiem stają się też Stany Zjednoczone, szczególnie dla ceramiki z Bolesławca, która znalazła tam swoich zapalonych wielbicieli, tworzących całe kolekcje i aktywne społeczności w mediach społecznościowych.

Warto też wspomnieć o japońskim rynku, który jest dla polskich ceramistów szczególnie interesujący. Japończycy mają ogromną wrażliwość na ceramikę i rękodzieło, to przecież kraj z jedną z najstarszych i najbardziej wyrafinowanych tradycji ceramicznych na świecie. A mimo to (a może właśnie dlatego?) polskie wyroby ceramiczne zyskały tam sobie wielu miłośników, którzy doceniają unikalność europejskiej tradycji garncarskiej.


Wpływ na polską gospodarkę i zatrudnienie


Branża ceramiczna w Polsce to tysiące miejsc pracy. I to pracy, która wymaga prawdziwych umiejętności rzemieślniczych, których nie da się łatwo zautomatyzować ani przenieść za granicę. Rzemieślnicy zdobieni ceramikę w Bolesławcu, technolodzy zarządzający piecami w Opocznie czy designerzy tworzący wzory dla Paradyża - wszyscy oni przyczyniają się do polskiej gospodarki, płacąc podatki, kupując usługi i towary w swoich lokalnych społecznościach.

Co ważne, zakłady ceramiczne często są głównymi pracodawcami w mniejszych miastach i miasteczkach, jak właśnie Bolesławiec, Koło czy Opoczno. Ich działalność wpływa na całe lokalne ekosystemy gospodarcze: od dostawców surowców, przez firmy transportowe, po lokalne usługi. Kiedy kupujesz polską ceramikę, nie tylko dostajesz piękny, trwały wyrób, wspierasz też całe regionalne łańcuchy wartości.
Bolesławiec i polska ceramika w mediach - od Instagrama po Hollywood

Polska ceramika z Bolesławca od lat cieszy się niezwykłą popularnością w mediach społecznościowych - szczególnie na Instagramie i Pintereście. Tysiące zdjęć pięknie zastawionych stołów z bolesławieckimi talerzami, kubkami i misami krążą po całym internecie, inspirując kolejnych miłośników ceramiki do budowania własnych kolekcji.

Ceramika z polskich fabryk trafia też do naprawdę prestiżowych miejsc. Można ją spotkać w eleganckich restauracjach w Nowym Jorku, Londynie czy Tokio, które świadomie wybierają polskie wyroby jako element swojego designu i filozofii serwowania jedzenia. To doskonałe świadectwo jakości, bo restauracje na takim poziomie mogą sobie pozwolić na wybór absolutnie najlepszego zastawy stołowej z całego świata i wybierają polską ceramikę.

W Stanach Zjednoczonych istnieją prężne społeczności kolekcjonerów bolesławieckiej ceramiki, którzy organizują spotkania, wymieniają się egzemplarzami i śledzą każdą nową kolekcję z wyprzedzeniem. To niezwykłe zjawisko, polska ceramika stała się tam subkulturą kolekcjonerską, podobnie jak np. szwedzki dizajn czy japońska porcelana.


Podsumowanie - polska ceramika to powód do dumy


Polska ceramika to jeden z tych sektorów polskiej gospodarki i kultury materialnej, z których możemy być naprawdę dumni. Od artystycznych wyrobów z Bolesławca, przez płytki Paradyża i Opoczna, aż po ceramikę sanitarną z Koła - polska branża ceramiczna jest różnorodna, dynamiczna i coraz silniej obecna na globalnych rynkach.

Co łączy te wszystkie firmy i miejsca? Polski kapitał, polska praca i polskie serce włożone w każdy wyprodukowany wyrób. W dobie globalizacji, gdy tak wiele produktów jest wytwarzanych w anonimowych fabrykach za granicą, polska ceramika jest czymś wyjątkowym. Ma swoją historię, swoje miejsce na mapie i swoich ludzi, którzy dokładają wszelkich starań, żeby każdy talerz, kubek czy płytka była najwyższej jakości.

Jeśli masz okazję - odwiedź Bolesławiec w sierpniu, chodź na Jarmark Ceramiczny i na własne oczy przekonaj się, jak wielka jest ta tradycja. A jeśli chcesz wesprzeć polską ceramikę - wybierz polskie wyroby przy kolejnym zakupie zastawy stołowej, płytek do łazienki czy dekoracji. Nie tylko dostaniesz produkt najwyższej jakości, ale też poczujesz się częścią czegoś naprawdę wyjątkowego. Wielowiekowej tradycji, która żyje i rozwija się na naszych oczach, podbijając stoły całego świata.