Z firmy handlowej do produkcyjnej - historie polskich firm

 

zakład produkcyjny

Wyobraź sobie garaż, wynajętą kawalerkę albo mały pokoik biurowy gdzieś na obrzeżach miasta. Skrzynka faksów, telefon, może komputer z modemem. Tak zaczynała się większość polskich firm na początku lat 90. Import z Zachodu, sprzedaż tego, czego w Polsce po prostu jeszcze nie było. Od pamięci komputerowych, przez zabielacze do kawy, po odtwarzacze DVD. Kapitalizm dopiero raczkował, a każdy, kto miał trochę sprytu i znajomość języków obcych, mógł zarobić na przywożeniu towaru zza granicy.

Ale prawdziwa historia zaczyna się później. W momencie, w którym część tych handlowców, bo przecież nie od razu przedsiębiorców w pełnym tego słowa znaczeniu - postanowiła zrobić coś dużo bardziej ryzykownego. Zamiast sprzedawać cudze produkty, zbudować własną fabrykę. Zainwestować pieniądze, których często jeszcze nie było, w halę produkcyjną, linie montażowe, ludzi do przeszkolenia. To jest moment, w którym firma handlowa przestaje być tylko pośrednikiem, a staje się częścią realnej gospodarki - płaci podatki od produkcji, zatrudnia inżynierów, buduje know-how, które zostaje w kraju.

W tym artykule przyjrzymy się pięciu polskim firmom, które odważyły się na ten skok. Każda robiła to w innej branży, w innym momencie i z innym budżetem, ale wszystkie łączy jedno. Zamiast zostać przy prostszym modelu biznesowym, zdecydowały się na budowę własnej produkcji w Polsce.

Wilk Elektronik i marka GOODRAM - jedyna fabryka pamięci w Europie

goodram
źródło: goodram.com


Zacznijmy od historii, która dla wielu osób interesujących się elektroniką jest już właściwie legendą. Wiesław Wilk założył swoją firmę w Tychach w 1991 roku. Na start zajmowała się wyłącznie dystrybucją. Sprowadzaniem pamięci komputerowych od zagranicznych producentów i sprzedażą ich na polskim rynku. I trzeba przyznać, że szło to bardzo dobrze. Już w połowie lat 90. Wilk Elektronik stał się największym dystrybutorem modułów RAM w kraju, a pod koniec dekady niemal 70% pamięci sprzedawanej w Polsce pochodziło właśnie z tej firmy.

Można by pomyśleć, że taki wynik to już szczyt marzeń. Ale w 1999 roku spółka przekształciła się w spółkę akcyjną, a kilka lat później zapadła decyzja, która zmieniła wszystko. W połowie 2003 roku firma przeniosła swoją siedzibę z Tychów do Łazisk Górnych na Śląsku. Kupiono tam zakład po wcześniej zbankrutowanym przedsiębiorstwie. Budynek wymagał gruntownego remontu i modernizacji, ale to właśnie tam miała powstać pierwsza w tej części Europy fabryka pamięci komputerowych.

Decyzja o własnej produkcji nie była oczywista. Konkurenci patrzyli na to z przymrużeniem oka - w końcu produkcja podzespołów komputerowych kojarzyła się wtedy niemal wyłącznie z Azją. Ale w Łaziskach Górnych, jeszcze w tym samym 2003 roku, ruszyła produkcja pierwszych modułów RAM pod marką GOODRAM. Już w pierwszym roku sprzedano blisko 400 tysięcy sztuk, jak na debiut, wynik naprawdę imponujący.

Co ciekawe, start produkcji wspomogła współpraca z niemiecką firmą Qimonda (wcześniej częścią koncernu Siemens), która działała jeszcze wtedy w Europie. Dzięki temu podstawowe komponenty do produkcji modułów można było sprowadzać z Europy, a nie z odległej Azji, to znacznie ułatwiło logistykę na starcie.

Od tego momentu firma konsekwentnie poszerzała swoją ofertę. W 2006 roku pojawiły się pendrive'y i karty pamięci. Dwa lata później nawiązano strategiczną współpracę z japońskim gigantem technologii flash - Toshibą (dziś działającą pod marką Kioxia), co dało Wilk Elektronik status strategicznego partnera tej marki w Europie. Pod koniec 2009 roku w fabryce uruchomiono pierwszą w tej części kontynentu w pełni zautomatyzowaną linię produkcji pamięci USB.


Kolejne lata przyniosły dalszy rozwój. W 2013 roku, z okazji dziesięciolecia marki GOODRAM, firma zainwestowała milion euro w nowoczesne maszyny do montażu powierzchniowego serii Panasonic NPM-D2, które jako pierwsze tego typu urządzenia trafiły do Europy właśnie dzięki tej inwestycji. W tym samym mniej więcej okresie do oferty dołączyły dyski SSD, a wkrótce potem powstała osobna linia produktowa dla entuzjastów i graczy marka IRDM.

Fabryka w Łaziskach Górnych rozrosła się z początkowych 3 tysięcy metrów kwadratowych do ponad 5300 m², a w 2022 roku ruszyła kolejna rozbudowa, warta około 20 milionów złotych. Dziś to wciąż jedyny zakład w Europie, w którym powstają konsumenckie moduły RAM, nośniki flash i dyski SSD z komponentami dostarczanymi przez takich gigantów jak Samsung, SK Hynix czy Micron, montowanymi jednak w całości na polskiej ziemi. Eksport odpowiada dziś za ponad 70% obrotów firmy, a produkty z logo GOODRAM trafiają do klientów w całej Europie, a także do Azji i Afryki.

Warto dodać, że firma nie ograniczyła się do elektroniki konsumenckiej. Marka GOODRAM Industrial dostarcza pamięci przemysłowe odporne na skrajne temperatury i wilgotność, które trafiają m.in. do pralek, automatów paczkowych, terminali płatniczych czy branży motoryzacyjnej, czyli tam, gdzie awaria zwykłej pamięci może być naprawdę kosztowna.

CMI (dawniej CM International) - od kosmetycznych gadżetów do produkcji kontraktowej

Drugi przykład to firma, która swoją drogę od handlu do produkcji przeszła w zupełnie innej branży - urządzeń elektronicznych dla przemysłu kosmetycznego, medycznego i AGD.

Spółka, znana dziś jako CMI S.A. (wcześniej działająca pod nazwą CM International), zaczynała swoją działalność produkcyjną w 2011 roku w Bykowie pod Wrocławiem. To był skromny początek - niewielki wynajmowany budynek, kilka biur, garstka ludzi. Firma stawiała wtedy na własną markę urządzeń kosmetycznych, sprzedawanych do gabinetów piękności i salonów beauty.

Prawdziwy przełom przyszedł w 2014 roku, kiedy firma przeniosła się do Szpaczej. To właśnie tam powstała pierwsza opatentowana technologia własna oraz nowa linia urządzeń SMART. Ale najważniejszy moment w historii spółki to rok 2017 i przeprowadzka na ulicę Miłoszycką. Wtedy firma zaczęła świadczyć usługi kontraktowego producenta (tzw. contract manufacturing) dla innych marek. To fundamentalna zmiana modelu biznesowego: zamiast tylko sprzedawać własne produkty, firma zaczęła produkować urządzenia na zlecenie zewnętrznych klientów, przejmując pełną odpowiedzialność za cały łańcuch dostaw, od pozyskania komponentów, przez montaż, po pakowanie i dostawę gotowego produktu.


Od 2020 roku siedziba i główny zakład produkcyjny firmy znajdują się w Wilczycach, również pod Wrocławiem. Dziś CMI projektuje i produkuje urządzenia dla wielu branż - od sprzętu medycznego, przez małe AGD (suszarki i prostownice do włosów, ładowarki samochodowe, ekspresy do kawy, automaty vendingowe), po sprzęt kosmetyczny, na którym firma zbudowała swoją pierwotną reputację. Cały proces od pomysłu, przez projekt techniczny, prototyp, aż po masową produkcję i kontrolę jakości, odbywa się pod jednym dachem, w Polsce.

To dobry przykład tego, jak firma może przejść nie tylko z handlu do produkcji, ale też z modelu "sprzedajemy pod własną marką" do znacznie bardziej dojrzałego modelu produkcji kontraktowej dla innych, co w praktyce oznacza dywersyfikację ryzyka biznesowego i stabilniejsze podstawy do dalszego rozwoju fabryki.

Maspex z Wadowic - od zabielaczy do kawy po imperium spożywcze

maspex
źródło: maspex.com

Jeśli szukać najbardziej spektakularnej transformacji z handlu na produkcję w polskiej historii gospodarczej, trudno o lepszy przykład niż Maspex. Firmę założyła piątka przyjaciół ze studiów - Krzysztof Pawiński, Zdzisław Stuglik, Jerzy Kasperczyk, Sławomir Rusinek i Zdzisław Szczur. Wszyscy późniejsi laureaci prestiżowych rankingów najbogatszych Polaków.

Początek był bardzo skromny i, można powiedzieć, typowy dla tamtych czasów transformacji ustrojowej. Maspex zaczynał od zwykłego importu z Niemiec. Sprowadzano zabielacze do kawy. Pierwszym wielkim problemem był brak kapitału. Żeby w ogóle ruszyć z biznesem, trzeba było przekonać niemieckich dostawców, by dawali towar na kredyt kupiecki. Udało się to dzięki Krzysztofowi Pawińskiemu, który świetnie mówił po niemiecku, nauczył się tego jeszcze na stypendium w Niemczech w latach 80.

Kiedy wspólnicy postanowili zacząć własną produkcję, pojawił się kolejny problem to brak know-how. Jak produkować tanio i dobrze herbatki rozpuszczalne, a potem zabielacze do kawy i kakao? Rozwiązanie znaleziono, zapraszając do grona wspólników Petera Kramera, niemieckiego technologa żywności, który do dziś jest współwłaścicielem grupy. Ale najważniejsze że kapitał jest w przeważającej części - polski.

Prawdziwy rozwój produkcyjny nastąpił jednak dzięki strategii budowania i przejmowania marek. Wspólnicy szybko zauważyli, że w branży spożywczej najważniejsze są rozpoznawalne marki. Trzeba je albo stworzyć od zera, albo (co szybsze) kupić razem z gotową infrastrukturą produkcyjną. Pierwszym takim krokiem był Kubuś. W 1996 roku Maspex kupił firmę Polska Żywność z Olsztynka, producenta tego popularnego napoju dla dzieci. W 1999 roku do grupy dołączył producent napojów Tymbark, a w 2003 roku - producent makaronów Lubella.


Firma z Wadowic nie zatrzymała się na polskim rynku. Zaczęła przejmować zagraniczne zakłady produkcyjne o ugruntowanej pozycji rynkowej. W grudniu 2004 roku kupiła produkcję soków od czeskiej firmy Walmark wraz z popularną na rynku czeskim i słowackim marką Relax. Niedługo potem przejęła węgierski Olympos (wicelider rynku soków i nektarów na Węgrzech), a rok później bułgarski Queen's - trzeciego producenta soków w tym kraju.

Firma inwestowała też w logistykę, która wspiera całą sieć produkcyjną. W 2009 roku uruchomiono Centrum Logistyczne M-Logistic w Tychach. Na terenie o powierzchni 30 tysięcy metrów kwadratowych powstał magazyn wysokiego składowania mogący pomieścić niemal 55 tysięcy palet.

Dziś Maspex to jedna z największych grup spożywczych w Europie Środkowo-Wschodniej, z rocznymi przychodami liczonymi w miliardach złotych i zakładami produkcyjnymi rozsianymi po kilku krajach regionu. Ale wszystko zaczęło się od pięciu kolegów, którzy nie mieli pieniędzy nawet na pierwszą partię towaru i musieli błagać niemieckich kontrahentów o kredyt kupiecki.

Manta - polskie telewizory składane w łódzkiej fabryce

Manta to marka, która wzbudza dziś raczej mieszane uczucia wśród polskich konsumentów elektroniki. Z jednej strony kojarzona z budżetowym sprzętem, z drugiej niewątpliwie z rynkowym sukcesem i historią, która w polskich realiach jest naprawdę nietypowa.

Firma powstała w Warszawie w 1998 roku. Jej założyciel, Bogdan Wiciński, miał wtedy zaledwie 23 lata. Pierwsze biuro (jednocześnie pełniące funkcję magazynu) to zaledwie 20 metrów kwadratowych w wynajętej kawalerce. Pierwszym produktem firmy była przystawka do konsol Pro Action Replay, a zaraz potem specjalna kierownica z dźwignią biegów i hamulcem ręcznym do gier komputerowych i konsolowych.

Manta rozwijała się bardzo szybko, poszerzając asortyment o odtwarzacze DVD (w szczytowym momencie sprzedano ich niemal 6 milionów sztuk. Można śmiało powiedzieć, że co drugi dom w Polsce oglądał filmy właśnie na sprzęcie tej marki), nagrywarki, akcesoria komputerowe, wyświetlacze LCD czy nośniki danych HAWK, które w pewnym momencie zdobyły ponad połowę polskiego rynku płyt CD-R.

W 2004 roku firma wypuściła na rynek Mantę MOB60, pierwszy polski telefon komórkowy, model z klapką, bez aparatu, ale za to z czasem czuwania przekraczającym sześć dni. Później do oferty dołączyły dekodery telewizji naziemnej DVB-T (sprzedano ich dwa miliony sztuk), a od 2013 roku również smartfony.

Ale najważniejszy krok w stronę produkcji Manta zrobiła w 2011 roku, wchodząc w segment telewizorów LED 3D. Wtedy właśnie podpisano umowę z singapurskim koncernem Flextronics - jednym z największych na świecie kontraktowych producentów elektroniki, obecnym w branży od 1961 roku (firma powstała w Dolinie Krzemowej w Kalifornii). Flextronics prowadzi w Łodzi dużą fabrykę montażową, w której zaczęto składać telewizory dla polskiej marki.


Proces produkcji w łódzkim zakładzie wygląda tak: najpierw do fabryki trafia panel przedni, do którego dokładana jest płyta LCD i blachy montażowe pod pozostałe komponenty. W kolejnych etapach montuje się głośniki, zasilacz, przełącznik zasilania, płytę główną, okablowanie oraz tylną obudowę. Na koniec naklejane są etykiety i numer seryjny. Gotowe telewizory przechodzą serię testów na przepięcia, wygrzewanie, sprawdzenie wejść antenowych i wyjść telewizyjnych, a w przypadku modeli 3D także testy funkcji przestrzennego obrazu.

W ciągu pierwszych dwóch lat produkcji w Łodzi (2011-2013) powstało ponad 100 tysięcy telewizorów marki Manta, o przekątnych od 15 do 50 cali. Zgodnie z zapewnieniami samego założyciela firmy, produkcja w Polsce okazała się szybsza i lepsza jakościowo niż zlecanie jej do fabryk w Chinach. W kolejnych latach firma zapowiadała inwestycje rzędu 10 milionów złotych w rozbudowę mocy produkcyjnych łódzkiego zakładu oraz w utworzenie własnego centrum badawczo-rozwojowego.

Warto przy tym zaznaczyć uczciwie i tak wypada to powiedzieć wprost, że sam montaż telewizorów odbywa się w fabryce należącej formalnie do Flextronics, a nie bezpośrednio do Manty. To model współpracy, w którym polska marka zleca produkcję zagranicznemu kontraktowemu producentowi, ale robi to na terenie Polski, u polskich pracowników, zamiast wysyłać zlecenie do Azji. Dzięki temu telewizory mogą nosić oznaczenie "made in Poland", a produkcja napędza lokalny rynek pracy. W regionie łódzkim, gdzie podobne montownie prowadzą też inni światowi giganci, jak LG czy Sharp.

Green Cell - od baterii do laptopów po własną fabrykę akumulatorów rowerowych pod Krakowem

green cell
źródło: greencell.global

Ostatnia historia w naszym zestawieniu jest zarazem najświeższa. Green Cell to marka założona w Krakowie w 2013 roku przez Pawła Ochyńskiego. Na starcie firma zajmowała się przede wszystkim produkcją i dystrybucją drobnych akcesoriów do elektroniki mobilnej - baterii zamiennych do laptopów i telefonów, powerbanków, ładowarek czy kabli USB.

Model biznesowy w pierwszych latach opierał się głównie na sprzedaży internetowej. Firma prowadziła własne sklepy (Świat Baterii, Battery Empire) oraz współpracowała z dystrybutorami w całej Europie. W 2016 roku Green Cell zaczął sprzedawać swoje produkty na dużych zagranicznych platformach, takich jak Amazon czy eBay, co pozwoliło szybko zbudować rozpoznawalność marki poza granicami kraju. Rok później firma zaprezentowała się na międzynarodowych targach elektroniki CEBIT w Niemczech. Wzrost przychodów firmy w tym okresie był imponujący. Według danych rankingu Financial Times, w latach 2014-2017 średnioroczna dynamika wzrostu przychodów (CAGR) wyniosła prawie 98%.

Prawdziwy zwrot w stronę produkcji nastąpił jednak dopiero kilka lat później, wraz z boomem na elektromobilność. Firma dostrzegła rosnący rynek rowerów elektrycznych (e-bike) i postanowiła nie ograniczać się do sprzedaży gotowych baterii sprowadzanych z zagranicy, tylko zbudować własny zakład produkcyjny.

Fabryka powstała w Balicach pod Krakowem, a jej uruchomienie było możliwe dzięki inwestycji rzędu 12 milionów złotych. Co ciekawe, cały projekt zakładu i proces montażu firma zaprojektowała samodzielnie, bez korzystania z gotowych rozwiązań zewnętrznych. Docelowa zdolność produkcyjna zakładu została ustalona na poziomie do 50 tysięcy baterii rocznie. Produkcja objęła baterie wyposażone w system BMS (Battery Management System) zarządzający procesem ładowania i rozładowania, wykorzystujące ogniwa od sprawdzonych dostawców.


Z czasem oferta była poszerzana o kolejne typy akumulatorów, w tym baterie typu silverfish - uniwersalny format montowany w bagażniku lub tylnej części ramy roweru, szczególnie popularny wśród kurierów rowerowych korzystających z rowerów cargo, ze względu na możliwość szybkiej wymiany baterii i powrotu na trasę bez długiego oczekiwania na ładowanie. Zakład produkcyjny Green Cell mieści się dziś w Skawinie pod Krakowem, gdzie firma zatrudnia sporą część swojego ponad 200-osobowego zespołu (resztę stanowią pracownicy siedziby głównej w Krakowie).

Co istotne, decyzja o produkowaniu baterii w 100% w Polsce dała firmie pełną kontrolę nad całym procesem od projektu opracowywanego przez własny dział badawczo-rozwojowy, przez dobór i transport komponentów, składanie pakietów, aż po testy końcowe, pakowanie i wysyłkę bezpośrednio z zakładu. Founder firmy podkreślał, że własna fabryka to element długofalowej strategii. Marka zaczynała od sprzedaży gotowych baterii i akcesoriów mobilnych, ale już kilka lat wcześniej postawiła na samodzielne projektowanie i produkcję, chcąc budować własne know-how zamiast być zależną wyłącznie od azjatyckich dostawców.

Green Cell prowadzi dziś sprzedaż w kilkudziesięciu krajach świata, a firma poza rowerowymi akumulatorami, rozwija także segment energetyki odnawialnej oraz elektromobilności, w tym mobilne ładowarki do samochodów elektrycznych.

Co łączy te wszystkie historie?

Patrząc na te pięć przykładów, widać kilka powtarzających się wzorców. Po pierwsze, każda z tych firm zaczynała od stosunkowo prostego modelu - kupić gotowy towar za granicą i sprzedać go drożej w Polsce, wykorzystując lukę rynkową, która powstała po transformacji ustrojowej albo po prostu wraz z pojawieniem się nowych technologii i potrzeb konsumenckich.

Po drugie, decyzja o budowie własnej produkcji nigdy nie była łatwa ani oczywista. Wymagała kapitału, którego często brakowało, oraz know-how, którego trzeba było się uczyć, czasem od zagranicznych partnerów (jak w przypadku Wilk Elektronik i współpracy z Qimondą czy Toshibą, albo Maspexu i niemieckiego technologa żywności), a czasem metodą prób i błędów, budując kompetencje we własnym zakresie.

Po trzecie - i to chyba najważniejsza lekcja, przejście z handlu na produkcję prawie zawsze oznaczało realną korzyść dla polskiej gospodarki. Nowe miejsca pracy w regionach, które czasem wcale nie kojarzą się z przemysłem zaawansowanych technologii (Śląsk, okolice Krakowa, Łódź, Dolny Śląsk), nowe podatki płacone lokalnie, transfer wiedzy technologicznej, a przede wszystkim większa niezależność od zagranicznych łańcuchów dostaw, co po doświadczeniach pandemii i wojny w Ukrainie okazało się mieć znaczenie strategiczne, a nie tylko biznesowe.

Warto też zauważyć, że skala tych inwestycji bywa bardzo różna. Wilk Elektronik zainwestował miliony złotych w rozbudowę fabryki pamięci, budowanej przez ponad dwie dekady. Green Cell postawił swój zakład za kilkanaście milionów złotych w zaledwie kilka lat od decyzji o rozpoczęciu produkcji. Maspex budował swoje imperium spożywcze głównie poprzez przejęcia gotowych zakładów produkcyjnych w regionie, a nie budowę od zera. Manta zdecydowała się na model pośredni - zlecanie produkcji zagranicznemu kontraktowemu producentowi, ale na terenie Polski. Każda z tych dróg jest inna, ale wszystkie prowadzą do tego samego celu - większej wartości dodanej tworzonej w kraju, zamiast zostawiania jej u zagranicznych producentów.

Polska gospodarka wciąż potrzebuje więcej takich historii. Bo choć import gotowych produktów bywa łatwiejszy i tańszy na krótką metę, to właśnie firmy, które zdecydowały się zainwestować we własne fabryki, budują trwałą wartość dla siebie, dla swoich pracowników i dla całego kraju.


Nie wszystko oddaliśmy. Polski sukces w handlu RTV i AGD

 

polskie sieci handlowe rtv i agd


Jak to często bywa, gdy mówimy o polskim handlu, w głowie automatycznie zapala się czerwona lampka. Sieci spożywcze? W większości zagraniczne. Galerie handlowe? Często z kapitałem z Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii. Banki? Też nie zawsze polskie. I człowiek już z góry zakłada, że tak jest wszędzie - że Polacy sprzedali wszystko, co się dało sprzedać, a sami zostali tylko z etatami kasjerów i magazynierów. Tymczasem jest jedna branża, w której ten stereotyp się rozsypuje jak domek z kart. Mówię o handlu RTV i AGD.

Usiądź wygodnie, bo opowiem Ci historię, która naprawdę może zaskoczyć. Bo o ile w sklepach spożywczych rządzą Biedronka (portugalski Jerónimo Martins), Lidl (niemiecki Schwarz Group) czy Auchan (francuski kapitał), to w segmencie elektroniki użytkowej i sprzętu domowego sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tutaj rządzą Polacy. I rządzą naprawdę dobrze.

Dlaczego to akurat ta branża obroniła się przed wykupem?

Zanim przejdę do konkretnych firm, warto się zastanowić, dlaczego właśnie handel elektroniką stał się polską domeną. Bo to nie przypadek, a splot kilku czynników.

Po pierwsze - czas. Większość dużych sieci RTV i AGD w Polsce powstawała na początku lat 90., kiedy zagraniczne korporacje jeszcze nie traktowały Polski jako priorytetowego rynku do podboju w tym konkretnym segmencie. Skupiały się na żywności, bo to był rynek "pierwszej potrzeby" i dawał szybki zwrot z inwestycji. Elektronika użytkowa wydawała się wtedy zbyt niszowa, zbyt ryzykowna, zbyt zależna od mody i technologii.

Po drugie - specyfika branży. Handel elektroniką wymaga zupełnie innego know-how niż handel spożywczy. Trzeba znać się na produkcie, umieć doradzić klientowi, ogarniać serwis, gwarancje, logistykę drogiego i delikatnego towaru. To nie jest biznes, w którym wystarczy postawić półki i czekać na klienta. Polscy przedsiębiorcy, którzy zaczynali od małych sklepików z telewizorami i pralkami, z czasem zdobyli tę wiedzę i przekuli ją w realną przewagę konkurencyjną.

Po trzecie - i to jest może najważniejsze - polskie firmy po prostu były szybsze i bardziej elastyczne. Kiedy w Polsce zaczął się boom na elektronikę, lokalni przedsiębiorcy od razu zaczęli otwierać kolejne placówki, inwestować w logistykę, budować rozpoznawalność marki. Zagraniczne sieci weszły później i musiały gonić rynek, na którym już ktoś inny zdążył zająć najlepsze pozycje.

MediaMarkt - jedyny duży zagraniczny gracz

Tu dochodzimy do naprawdę ciekawego punktu tej historii. Bo jeśli zapytasz przeciętnego Polaka, jaka sieć RTV i AGD jest największa, prawdopodobnie usłyszysz "MediaMarkt" albo "Media Expert" - i obie odpowiedzi byłyby częściowo słuszne, w zależności od tego, jak liczymy.

MediaMarkt to niemiecka sieć, należąca do grupy Ceconomy AG (wcześniej MediaMarktSaturn Retail Group), działająca w Polsce od 2002 roku. To rzeczywiście duży i ważny gracz na naszym rynku - ma rozpoznawalną markę, sporo sklepów w największych miastach i mocną pozycję w sprzedaży online. Ale tu jest haczyk: MediaMarkt jest praktycznie jedyną dużą, zagraniczną siecią w tym segmencie w Polsce.

Pomyśl o tym przez chwilę. W sklepach spożywczych masz Biedronkę, Lidla, Kauflanda, Aldi, Auchan, Carrefour, Netto - i to wszystko są sieci z kapitałem zagranicznym. Tymczasem w handlu RTV i AGD masz MediaMarkt jako głównego przedstawiciela zagranicznego kapitału, a po drugiej stronie barykady stoi cała armia polskich firm, które nie tylko przetrwały konkurencję z międzynarodowym gigantem, ale w wielu przypadkach go przegoniły.

To jest dokładnie ta sytuacja, o której mówię w tytule - "nie wszystko oddaliśmy". W tej jednej, bardzo konkretnej branży, polski kapitał nie tylko się obronił, ale wręcz zdominował rynek.

Lista polskich sieci handlowych RTV i AGD:

Media Expert (624 sklepy)

Zacznijmy od największego. Media Expert to dziś bezdyskusyjny numer jeden w polskim handlu elektroniką użytkową i sprzętem AGD.

Historia Media Expert sięga roku 2002, kiedy spółka rozwijała się pod różnymi nazwami i markami, by ostatecznie skonsolidować się pod jednym, mocnym brandem. Dziś sieć liczy kilkaset salonów rozsianych po całej Polsce - od największych metropolii do mniejszych miejscowości, do których zagraniczne sieci często nawet nie zaglądają, bo nie widzą w tym sensu biznesowego.

I to jest właśnie jedna z kluczowych przewag Media Expert nad MediaMarktem - obecność lokalna. Niemiecka sieć skupia się głównie na dużych miastach i dużych formatach sklepów w centrach handlowych. Media Expert poszedł szerzej - dotarł do mniejszych ośrodków, gdzie konkurencja jest mniejsza, a lojalność klientów łatwiejsza do zbudowania.

Co więcej, Media Expert intensywnie inwestuje w e-commerce i logistykę, co w czasach po pandemii stało się absolutnie kluczowe. Centra logistyczne, szybka dostawa, rozwinięta sieć punktów odbioru - to wszystko sprawia, że polska firma skutecznie konkuruje z każdym, nawet największym zagranicznym rywalem.

RTV Euro AGD (352 sklepy)

Jeśli Media Expert jest liderem, to RTV Euro AGD to jego najbliższy konkurent i druga największa siła w polskim handlu elektroniką. Marka działa pod szyldem Euro-net Sp. z o.o. i jest obecna na rynku od lat 90., co czyni ją jedną z najstarszych i najbardziej rozpoznawalnych sieci w tym segmencie.

RTV Euro AGD ma swoje salony praktycznie w każdym większym mieście w Polsce, a charakterystyczne, krzykliwe reklamy z promocjami i obniżkami cen weszły wręcz do kanonu polskiej popkultury reklamowej.

Co istotne, RTV Euro AGD od lat stawia na duże powierzchnie handlowe, w których klient może nie tylko kupić sprzęt, ale też dotknąć go, przetestować, porozmawiać z konsultantem. W czasach, gdy coraz więcej zakupów przenosi się do internetu, ta sieć udowadnia, że tradycyjny, stacjonarny handel wciąż ma sens - pod warunkiem, że robi się to dobrze.

Neonet (bliko 150 sklepów)

Neonet to nazwa, która towarzyszy polskiemu rynkowi RTV i AGD od dawna. Firma miała w swojej historii momenty wzlotów i trudniejsze okresy, w tym problemy finansowe i restrukturyzacje, ale - co ważne - przetrwała i wciąż funkcjonuje jako rozpoznawalna, polska marka na rynku elektroniki.

Neonet rozwijał sieć sklepów stacjonarnych w wielu polskich miastach, stawiając na lokalność i bliskość klienta, podobnie jak Media Expert. To podejście, polegające na docieraniu do mniejszych miejscowości, gdzie międzynarodowi giganci nie chcą inwestować, jest swego rodzaju polską specjalnością w tej branży - i działa.

Warto też zauważyć, że trudności, przez które przechodził Neonet, są dobrym przykładem tego, jak twardy i konkurencyjny jest ten rynek. Polskie firmy nie miały tu żadnej taryfy ulgowej - musiały radzić sobie same, bez wsparcia globalnych korporacji, bez dostępu do nieograniczonego kapitału z zagranicy. To, że marka wciąż istnieje, mówi wiele o determinacji polskich przedsiębiorców i menedżerów.

Partner AGD RTV (ponad 40 sklepów)

Partner AGD RTV to przykład trochę innego modelu biznesowego - sieci opartej w dużej mierze na zasadach franczyzowych i współpracy z lokalnymi przedsiębiorcami. To pokazuje, że polski sukces w tej branży nie polega tylko na jednym, scentralizowanym modelu wielkich hiperstorów, ale też na sieciach rozproszonych, budowanych przez wielu mniejszych, lokalnych graczy działających pod wspólnym szyldem.

Taki model ma swoje zalety - lokalny przedsiębiorca, prowadzący sklep pod marką Partner AGD RTV, zna swoich klientów, rozumie specyfikę regionu, w którym działa, i jest w stanie budować relacje, których nie da się odtworzyć w wielkim, anonimowym hipermarkecie. To swego rodzaju polska odpowiedź na pytanie, jak konkurować z gigantami - nie zawsze trzeba być największym, czasem trzeba być najbliżej klienta.

Max Elektro (426 sklepów)

Max Elektro to kolejna polska sieć, która może nie jest tak powszechnie znana jak Media Expert czy RTV Euro AGD, ale skutecznie zajmuje swoją niszę na rynku. Firma koncentruje się na konkretnych regionach Polski, budując tam silną, rozpoznawalną obecność i lojalność klientów.

To dobry przykład tego, że polski rynek RTV i AGD nie jest zdominowany tylko przez dwóch czy trzech wielkich graczy - jest w nim miejsce również na sieci średniej wielkości, które potrafią skutecznie konkurować na swoim terenie, oferując konkurencyjne ceny, dobrą obsługę klienta i znajomość lokalnych potrzeb.

Max Elektro, podobnie jak inne wymienione tu firmy, generuje miejsca pracy w swoim regionie, współpracuje z lokalnymi dostawcami usług logistycznych i serwisowych, co przekłada się na realny, choć często niedoceniany, wpływ na lokalną gospodarkę.

Komputronik (ponad 100 salonów)

Komputronik to nazwa, która wielu osobom kojarzy się przede wszystkim z komputerami i sprzętem IT, ale firma od lat rozwija się też w segmencie szerszej elektroniki użytkowej i AGD. To jedna z najbardziej znanych polskich marek technologicznych, notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

Komputronik ma swoje korzenie w Poznaniu i z czasem rozwinął sieć sklepów stacjonarnych w wielu miastach Polski, jednocześnie mocno stawiając na rozwój kanału e-commerce. To firma, która dobrze odzwierciedla ewolucję polskiego handlu elektroniką - od małego, lokalnego biznesu komputerowego do rozpoznawalnej marki o zasięgu krajowym, konkurującej z największymi.

Co to wszystko znaczy dla polskiej gospodarki?

Teraz zatrzymajmy się na chwilę i zastanówmy, dlaczego to, że te firmy są polskie, ma realne znaczenie, a nie jest tylko kwestią sentymentu czy patriotyzmu gospodarczego.

Po pierwsze - podatki. Polskie spółki, z polskim kapitałem i polskim zarządem, płacą podatki w Polsce, od zysków generowanych w Polsce. W przypadku zagranicznych korporacji mechanizmy optymalizacji podatkowej, transferu cen czy dywidend do zagranicznych spółek-matek są powszechną praktyką - to nie jest żadna teoria spiskowa, to standardowy element globalnego biznesu. Polskie firmy z tej branży zostawiają więc więcej wartości w kraju.

Po drugie - miejsca pracy o wyższej wartości dodanej. Mówimy nie tylko o sprzedawcach w sklepach, ale o całych zespołach logistycznych, działach IT, marketingu, zarządzania, analizy danych, które są zlokalizowane w Polsce, a nie w centralach gdzieś w Niemczech czy Francji. To oznacza, że decyzje strategiczne, inwestycje w rozwój, wybór dostawców - wszystko to dzieje się tutaj, blisko polskiego rynku i polskich potrzeb.

Po trzecie - elastyczność i szybkość reakcji na zmiany rynkowe. Polskie firmy, podejmujące decyzje lokalnie, mogą szybciej reagować na zmiany w preferencjach klientów, na sytuację gospodarczą, na lokalną konkurencję. Nie muszą czekać na zgodę zagranicznej centrali, żeby wprowadzić promocję dopasowaną do specyfiki polskiego rynku czy otworzyć sklep w mniejszym mieście, które nie pojawia się na priorytetowej liście inwestycyjnej międzynarodowego koncernu.

Po czwarte - efekt mnożnikowy dla innych polskich firm. Polskie sieci RTV i AGD współpracują często z polskimi firmami logistycznymi, polskimi firmami serwisowymi, polskimi agencjami marketingowymi, polskimi producentami opakowań i tak dalej. To tworzy cały ekosystem gospodarczy, w którym pieniądze krążą w obrębie polskiej gospodarki, generując kolejne podatki, kolejne miejsca pracy, kolejne inwestycje.


Podsumowanie - mała branża, wielka satysfakcja

Kiedy następnym razem usłyszysz narzekanie, że "wszystko sprzedaliśmy zagranicy", że w polskich sklepach nie ma już nic polskiego, warto przypomnieć sobie właśnie ten przykład. Handel RTV i AGD w Polsce to jeden z niewielu segmentów gospodarki, w którym polski kapitał nie tylko przetrwał starcie z zagraniczną konkurencją, ale zdecydowanie wygrał tę walkę.

Media Expert, RTV Euro AGD, Neonet, Partner Euro AGD, Max Elektro, Komputronik - to nazwy, które większość z nas zna, bo prawdopodobnie kupowaliśmy w nich pralkę, telewizor czy laptopa. Mało kto jednak zastanawia się, że za tymi szyldami stoi polski kapitał, polskie zarządy, polscy pracownicy i polskie podatki płacone w polskim budżecie.

To pokazuje coś ważnego - polski biznes potrafi konkurować z największymi, potrafi budować trwałe, dobrze zarządzane firmy, które przetrwają dekady zmian gospodarczych, kryzysów i nowych trendów technologicznych. Wystarczy spojrzeć w odpowiednie miejsce, żeby zobaczyć, że nie wszystko oddaliśmy - a w niektórych branżach polski kapitał wciąż rządzi twardą ręką.


Polski inkBook - alternatywa dla Kindle od Amazona

 

inkbook solaris 2
źródło grafiki: inkbook.pl

Kiedy myślimy o czytnikach e-booków, w głowie od razu zapala się jedno słowo: Kindle. Amazon zdominował ten rynek tak skutecznie, że dla wielu osób „czytnik ebooków" i „Kindle" to praktycznie synonimy. Ale czy wiecie, że od kilkunastu lat na tym samym rynku, twardo i bez fanfar, działa polska firma, która zbudowała swoją markę właśnie jako odpowiedź na amerykańskiego giganta? Mówię o inkBook - urządzeniu, które dla wielu Polaków stało się czymś więcej niż tylko gadżetem do czytania. To mały kawałek polskiej przedsiębiorczości, który przetrwał, rozwinął się i wciąż konkuruje na arenie międzynarodowej.

Wrocław, 2009 rok. Wszystko zaczyna się od pasji do książek

Nie było garażu pełnego prototypów, nie było worka pełnego dolarów od inwestorów z Doliny Krzemowej. Była za to jedna konkretna osoba - Paweł Horbaczewski, i jego prywatny problem: częste podróże służbowe kolidowały z jego zamiłowaniem do czytania książek. Zwykła, ludzka potrzeba. I właśnie z tej potrzeby, 1 marca 2009 roku we Wrocławiu, narodziła się firma, która z czasem zmieni polski rynek e-czytników.

Firma nazywała się Arta Tech. Na początku nie produkowała absolutnie niczego. Zajmowała się dystrybucją czytników innych marek, głównie Onyx Book, urządzeń od międzynarodowego producenta Onyx International. Brzmi to dość skromnie, prawda? Ale to właśnie te pierwsze lata, od 2009 do 2015 roku, dały wrocławskiej spółce coś bezcennego: doświadczenie, wiedzę o polskim rynku i kontakt z tysiącami czytelników, którzy mówili wprost, czego im brakuje w dostępnych na rynku urządzeniach.

I tu pojawia się pytanie, które pewnie sami zadajecie: dlaczego dystrybutor zamienił się w producenta? Odpowiedź jest prosta i bardzo ludzka, bo bycie zależnym od cudzej polityki produktowej po prostu się znudziło. Arta Tech chciała mieć pełną kontrolę nad swoim produktem. Nie chciała czekać, aż zagraniczny partner zdecyduje, czy w ogóle będzie obsługiwał polski język, czy uwzględni potrzeby lokalnych czytelników. Tak, gdzieś około 2015 roku, narodziła się marka inkBOOK.

Pierwszy i jedyny polski producent czytników ebooków

To zdanie brzmi jak slogan marketingowy, ale akurat w tym przypadku jest po prostu prawdą. inkBOOK stał się drugim producentem czytników ebooków na arenie europejskiej, a pierwszym i jak dotąd jedynym, polskim producentem w tej kategorii. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym fakcie, bo to naprawdę rzadkość. Polska nie jest krajem, który kojarzy się z produkcją elektroniki użytkowej na skalę europejską. A jednak.

Pierwsze modele, które wyszły spod skrzydeł Arta Tech, to inkBOOK Prime HD, inkBOOK Lumos oraz inkBOOK Explore. Każdy z nich miał swoją niszę. Lumos celował w bardziej zaawansowanych czytelników, którzy chcieli czegoś lepszego niż wersja podstawowa, ale nie chcieli też płacić fortuny. inkBOOK Prime HD z kolei stawiał na jakość obrazu. Ekran o rozdzielczości 300 dpi, czyli jedną z najwyższych dostępnych wówczas na rynku, w połączeniu z czterordzeniowym procesorem. Tekst wyglądał na nim ostro, ilustracje miały szczegóły, a strony przewracały się płynnie.

To nie był przypadek, to było słuchanie użytkowników. Firma od lat zbierała opinie swoich klientów, a jedną z największych grup docelowych okazały się, co może zaskakiwać, panie po pięćdziesiątce. Dla nich najważniejsza była prostota obsługi, możliwość powiększenia czcionki i lekkość urządzenia. To pokazuje, jak bardzo inkBOOK starał się projektować urządzenia pod realne potrzeby, a nie tylko pod specyfikacje techniczne wyglądające dobrze na papierze.

Design, który zdobywał nagrody

Tu zaczyna się część, z której Polacy mogą być naprawdę zadowoleni. inkBOOK Prime i inkBOOK Classic 2 zostały zaprojektowane wspólnie z wrocławskim studiem ID Design. Autorem projektu obudowy był Piotr Maciejewski, wrocławski projektant, laureat rankingu „30 Kreatywnych Wrocławia 2017" organizowanego przez portal wroclaw.pl. To on jest twórcą wyglądu, który zdobył jedną z najbardziej prestiżowych nagród designerskich na świecie - Red Dot Award, nazywaną czasem „Oscarem Designu".

inkbook focus
źródło grafiki: inkbook.pl

Co istotne, projektanci inkBOOK chcieli zerwać ze stylistyką, w której czytnik wygląda jak miniaturowy tablet. Tylna część obudowy niektórych modeli przypomina otwierającą się książkę. Mały detal, ale taki, który pokazuje, że ktoś naprawdę myślał o tym, jak to urządzenie ma się czuć w rękach czytelnika, a nie tylko jak ma działać.

A teraz uczciwie: gdzie powstają inkBooki?

I tu muszę was zatrzymać, bo byłoby nieuczciwe, gdybym pozwolił wam myśleć, że inkBooki schodzą z polskiej linii produkcyjnej gdzieś pod Wrocławiem. Nie. Fizyczna produkcja, czyli składanie tych urządzeń, odbywa się w Chinach. To jest fakt i firma sama to otwarcie przyznaje.

Dlaczego tak jest? Odpowiedź, którą padła wprost z ust przedstawicieli Arta Tech, jest brutalnie szczera: ekonomia. Teoretycznie w Polsce są specjaliści i firmy zdolne zaprojektować, zbudować prototyp i produkować seryjnie dowolne urządzenie elektroniczne. Problem leży gdzie indziej, w dostępności i koszcie komponentów. Wiele elementów, które w Chinach są już gotowe, masowo produkowane i tanie, w Polsce trzeba by opracowywać praktycznie od zera. A elektronika użytkowa to rynek, na którym trzeba konkurować z gigantami z całego świata, tu liczy się każdy grosz kosztu jednostkowego.

To, co jednak pozostaje polskie i to jest kluczowe, to projektowanie. Design obudowy, interfejs systemu, dopasowanie funkcji do potrzeb konkretnego użytkownika, cała filozofia produktu. To powstaje we Wrocławiu. Chiny dają taśmę produkcyjną i komponenty, Polska daje mózg i pomysł. Można powiedzieć, że to model bardzo podobny do tego, który stosują dziesiątki znanych marek technologicznych na całym świecie - projekt w jednym miejscu, montaż w drugim. Nie jest to więc nic specyficznie podejrzanego, raczej standardowa praktyka branżowa.

inkBOOK Europe - zmiana nazwy i nowy etap

W 2020 roku Arta Tech przeszła rebranding i zaczęła funkcjonować pod nazwą inkBOOK Europe (czasem spotkamy się też z formą InkBooks Europe). To naturalny krok dla firmy, która z lokalnego dystrybutora wyrosła na rozpoznawalną markę. Nazwa produktu stała się ważniejsza niż pierwotna nazwa spółki. Wiele osób przez lata i tak mówiło po prostu „inkBOOK", niezależnie od tego, jak nazywała się firma stojąca za marką.

inkbook
źródło grafiki: inkbook.pl

Co ciekawe, sama nazwa Arta Tech w pewnym momencie zniknęła z głównego nurtu komunikacji, ale historia firmy liczona jest nieprzerwanie od 2009 roku. Sama firma na swojej stronie podkreśla, że już od kilkunastu lat wspiera czytelników w ich „e-czytelniczej przygodzie", i w tym stwierdzeniu nie ma za dużo marketingowej przesady, bo to po prostu fakt poparty datami.

Jak inkBOOK wypada na tle Kindle?

No dobrze, ale przejdźmy do sedna. Czy to w ogóle ma sens jako alternatywa dla Kindle? Tu sprawa jest ciekawa, bo różnice nie sprowadzają się tylko do logo na obudowie.

System operacyjny. inkBooki działają na Androidzie, podczas gdy Kindle korzysta z mocno zamkniętego, własnego ekosystemu Amazona. To oznacza, że na inkBOOK-u możemy zainstalować dodatkowe aplikacje - w granicach tego, co pozwala specyfika ekranu e-ink, bo szybkie animacje czy gry na takim wyświetlaczu nie będą cudem technologicznym. Ale chodzi o coś ważniejszego: otwartość. Nie jesteśmy zamknięci w jednym sklepie z e-bookami.

Polska lokalizacja. To jest punkt, w którym inkBOOK po prostu wygrywa bez większego wysiłku. Kindle przez lata zmagał się z brakiem pełnej polskiej lokalizacji interfejsu - syntezator mowy po polsku, polska klawiatura, polskie znaki diakrytyczne działające bez zarzutu we wszystkich formatach plików, to wszystko w inkBOOK-u było obsłużone od dawna, bo to urządzenie projektowane od początku z myślą o polskim czytelniku.

Integracja z polskimi serwisami. Tu kolejny duży plus. inkBOOK od lat współpracuje z Legimi, polskim serwisem abonamentowym dającym dostęp do tysięcy e-booków za stałą opłatą miesięczną. Dla osoby, która czyta dużo i nie chce kupować każdej książki osobno, to ogromna wygoda, której Kindle w naszym kraju po prostu nie zapewnia w tak prosty sposób.

Format plików. Kindle przez długi czas trzymał się formatu AZW i wymagał konwersji wielu plików, jeśli chcieliśmy czytać coś spoza ekosystemu Amazona. inkBOOK obsługuje szeroką gamę formatów od razu, bez kombinowania.

Bateria i komfort czytania. Tu różnice są mniej dramatyczne, bo oba urządzenia korzystają z podobnej technologii e-papieru, która od lat się rozwija i jest dziś naprawdę dopracowana - ekran nie męczy oczu, nie potrzebuje zewnętrznego światła po zmroku, a na jednym ładowaniu można czytać tygodniami.

Wpływ na polską gospodarkę - mały, ale realny

Nie oszukujmy się, inkBOOK to nie jest firma wielkości polskiego oddziału globalnego koncernu. To wciąż relatywnie niewielka spółka.

Po pierwsze -to dowód, że polska firma technologiczna jest w stanie zaprojektować produkt konkurencyjny wobec rozwiązań takich gigantów jak Amazon i utrzymać się na rynku przez ponad dekadę, to naprawdę nie jest mało, biorąc pod uwagę, jak wiele startupów technologicznych znika po kilku latach.

Po drugie - ekspansja zagraniczna inkBOOK-a to dobry przykład polskiego know-how trafiającego na rynki Europy Zachodniej, Bliskiego Wschodu, a nawet Australii i Stanów Zjednoczonych. Produkty trafiały do Czech, Niemiec, Francji, Hiszpanii, Włoch, Izraela, Słowacji, Słowenii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej. To pokazuje, że polska marka technologiczna potrafi być rozpoznawalna daleko poza granicami kraju, nawet w niszy zdominowanej przez amerykańskiego giganta.

Po trzecie - i to jest może najważniejsze, inkBOOK to przykład wzornictwa „Made in Poland", które realnie zdobywało międzynarodowe nagrody, takie jak Red Dot Design Award. To nie jest abstrakcyjna duma narodowa, to konkretny dowód, że polscy projektanci i polskie studia designerskie potrafią tworzyć produkty na światowym poziomie estetycznym i funkcjonalnym.

Czy to duży wpływ na polski PKB? Póki co nie, bądźmy realistami. Ale to ważny element mozaiki, który pokazuje, że polska przedsiębiorczość technologiczna nie kończy się na outsourcingu programistycznym dla zagranicznych korporacji. Czasem da się też zbudować własną markę, własny produkt i własną pozycję na trudnym, konkurencyjnym rynku.

Czy warto rozważyć inkBOOK jako alternatywę dla Kindle?

Jeśli szukacie czytnika, który ma pełne wsparcie polskiego języka od pierwszego dnia, integruje się z polskimi serwisami abonamentowymi i daje większą swobodę w zakresie formatów plików oraz instalowania dodatkowych aplikacji, inkBOOK jest naprawdę solidną opcją. To nie jest tylko sentymentalny wybór „bo polskie", choć rozumiem, że dla wielu czytelników ten argument też ma znaczenie. To realna alternatywa, która w wielu codziennych aspektach użytkowania wygodniejsza jest właśnie dlatego, że projektowano ją z myślą o polskim odbiorcy, a nie jako produkt globalny, lokalizowany na siłę.

Z drugiej strony, jeśli najważniejsza jest dla was ogromna biblioteka treści dostępna jednym kliknięciem, bezproblemowa integracja z globalnym ekosystemem oraz maksymalna dopracowana jakość wykonania na poziomie masowej produkcji.

Ale fakt, że po kilkunastu latach na rynku polska marka wciąż jest w stanie konkurować, ulepszać swoje produkty i znajdować nowych użytkowników, mówi sam za siebie. inkBOOK nie jest tylko historycznym ciekawostką technologiczną, to żywy, działający produkt, za którym stoi konkretna historia ludzi z Wrocławia, którzy w 2009 roku po prostu chcieli czytać więcej i wygodniej. I to im się, mimo wszystkich przeciwności, udało.


Od fabrycznych hal do kameralnej produkcji. Losy włocławskiego fajansu

 

włocławski fajans

Czy zdarzyło Ci się kiedyś trzymać w rękach filiżankę lub talerz ozdobiony intensywnie niebieskimi, ręcznie malowanymi kwiatami i poczuć, że masz do czynienia z czymś wyjątkowym? Jeśli tak, to całkiem możliwe, że miałeś w rękach właśnie fajans włocławski, jeden z najciekawszych fenomenów polskiego rzemiosła, który przeżył rewolucje, upadki, wojenne zawieruchy, transformację ustrojową, i wciąż trwa. To historia, która spokojnie mogłaby posłużyć za scenariusz filmu z dramatami, miłością, pasją i odrodzeniem w tle.

Zapraszam Cię na wycieczkę przez dzieje włocławskiego fajansu. Od wielkich fabrycznych hal zatrudniających setki pracowników, przez całkowite niemal zniknięcie z mapy produkcyjnej Polski, aż do dzisiejszych kameralnych manufaktur, gdzie każda malarka wkłada w swoje dzieło serce i dziesiątki lat doświadczenia.


Skąd się wziął fajans we Włocławku?

Żeby zrozumieć, dlaczego właśnie Włocławek stał się centrum polskiej ceramiki fajansowej, trzeba cofnąć się do drugiej połowy XIX wieku. Włocławek leży na wschodnim skraju Kujaw, nad Wisłą, to ważny węzeł komunikacyjny i handlowy, miasto z rosnącym przemysłem i rzemiosłem. W 1873 roku powstały tu pierwsze lokalne zakłady ceramiczne, które zaczęły wykorzystywać regionalne tradycje zdobnicze i tworzyć wyroby inspirowane ludowymi motywami kujawskiego folkloru.

Fajans (z włoskiego faience, od miejscowości Faenza we Włoszech, skąd pochodzi ta technika) to ceramika pokryta nieprzezroczystą, białą glazurą na bazie cyny lub ołowiu, na której następnie maluje się wzory, a całość poddaje się wypaleniu. W odróżnieniu od porcelany jest bardziej porowaty i cięższy, ale właśnie ta swoista „ciężkość" i matowość nadaje mu charakter. Takiej domowości, ciepła i zakorzenionej w tradycji estetyki, której nie daje żaden blyszczący serwis ze śnieżnobiałej porcelany.

wazon fajans

We Włocławku ten materiał trafił na idealny grunt. Regionalna kultura Kujaw i Ziemi Dobrzyńskiej, pełna barwnych wzorów zdobniczych, kwiatowych girland i charakterystycznych motywów roślinnych, dosłownie "weszła" w glinę i szkliwa. Stopniowo wykształcił się rozpoznawalny styl: przede wszystkim kobaltowy błękit (choć pojawiały się też brązy i zielenie), gałązki, różyczki, tulipany, a z czasem całe kompozycje kwiatowe malowane z niezwykłą swobodą i precyzją jednocześnie. To jest właśnie to "coś", co sprawia, że fajans włocławski jest tak natychmiast rozpoznawalny.


Wielkie fabryki - złoty wiek włocławskiej ceramiki

Przez pierwszą połowę XX wieku włocławskie zakłady ceramiczne rosły i rozwijały się. Powstawały nowe piece, zatrudniano kolejnych pracowników, a sama produkcja stawała się coraz bardziej zorganizowana i przemysłowa. To był czas, kiedy wyroby z Włocławka zaczęły docierać do polskich domów w całym kraju.

Po II wojnie światowej, w nowej rzeczywistości politycznej, zakłady zostały upaństwowione i weszły w skład systemu centralnie zarządzanej gospodarki. Paradoksalnie, przynajmniej w pierwszych dekadach, nie zabiło to tradycji, wręcz przeciwnie. W ramach Włocławskich Zakładów Ceramiki Stołowej (od 1973 roku pod tą właśnie nazwą działały połączone zakłady produkujące fajans, porcelit i porcelanę) zatrudnienie znajdowały setki osób. Malarnie tętniły życiem. Kobiety z Włocławka i okolic uczyły się zawodu zdobnika ceramiki w miejscowych szkołach zawodowych i przychodziły do zakładów, by przez kolejne dekady malować te same, dobrze znane wzory lub tworzyć nowe, bo tamte czasy przyniosły też interesujące eksperymenty artystyczne.



W szczytowych momentach przy produkcji fajansu we Włocławku pracowały naprawdę znaczące siły robocze. Miasto identyfikowało się z tą produkcją, fajans był jednym z symboli Włocławka, tak jak np. Kraków kojarzy się z Wawelem, a Toruń z piernikami. Ulice Kościuszki i Jesionowa to adresy, które wielu włocławian po dziś dzień wymawia z nostalgią, tam właśnie mieściły się wielkie malarnie.


Upadek - lata 90. i wielkie milczenie fajansu

Transformacja ustrojowa po 1989 roku była dla wielu polskich zakładów przemysłowych ciosem śmiertelnym. Włocławskie Zakłady Ceramiki Stołowej nie były wyjątkiem. Gdy znikły centralne zamówienia, dotacje i gwarantowany rynek zbytu, okazało się, że duże, wielozakładowe struktury są mało elastyczne i trudne do utrzymania w nowych warunkach rynkowych. Fabryka Fajansu zamknęła podwoje w 1991 roku.

To był szok dla całego miasta. Nagle kilkaset osób straciło pracę. Malarki, które przez całe życie zawodowe spędzały czas z pędzlem w ręku, zostały z umiejętnościami, które nagle nie miały gdzie się realizować. Niektóre odeszły do innych zawodów. Inne malowały dla siebie i bliskich, nie dając zniknąć tej tradycji. Na szczęście, bo to właśnie dzięki nim tym konkretnym kobietom, historia miała swój kolejny rozdział.

Przez całe lata 90. włocławski fajans praktycznie zniknął z polskiego rynku. Można go było spotkać jedynie w antykwariatach, na targach staroci, w domach starszych ludzi, którzy pamiętali "te czasy". Zaczął być postrzegany jako relikt przeszłości. Uroczy, może nawet sentymentalny, ale zdecydowanie nie na czasie.

A jednak gdzieś głęboko drzemało coś, co nie pozwoliło mu umrzeć do końca.


Odrodzenie - Szanowscy ratują tradycję

Ewa i Jerzy Szanowscy poznali się właśnie w pracy, we Włocławskich Zakładach Ceramiki Stołowej. Ich historia zawodowa i miłosna splotła się nierozerwalnie z historią włocławskiego fajansu. Gdy zakłady upadły, postanowili, że tradycja nie może zginąć.

W 2001 roku, we współpracy z Janem Rinkiem, między innymi dyrektorem ostatniej Fabryki Porcelany we Włocławku, podjęli odważną decyzję: odbudować włocławski fajans od podstaw. Zakupili starą cegielnię na włocławskiej Falbance i zabrali się do pracy. 13 lipca 2002 roku produkcja ruszyła oficjalnie, a nowe przedsiębiorstwo przyjęło nazwę Fabryka Fajansu.

Pani Ewa miała jasne motto, które wypowiedziała na otwarciu: "Bądź nowoczesny, sięgnij do tradycji." Ta fraza mówi wszystko o filozofii, jaką przyjęli. Nie chodziło o muzealną rekonstrukcję. Chodziło o żywą tradycję, która ma się dobrze, bo jest pielęgnowana przez ludzi z pasją.

Do nowej fabryki zaproszono dawne malarki - te same kobiety, które przez lata pracowały we WZCS przy ulicy Kościuszki i Jesionowej. Znały wzory na pamięć. Wiedziały, jak trzymać pędzel, jak prowadzić kreskę, jak nakładać kobalт tak, żeby po wypaleniu błyszczał dokładnie tak, jak trzeba. Ich wiedza i umiejętności były bezcennym skarbem, który nie mógł zaginąć.

Przez osiemnaście lat - od 2002 do 2021 roku - Fabryka Fajansu Szanowskich rozwijała się i zdobywała kolejnych miłośników. Produkowano kultowe wzory, ale też eksperymentowano z nowymi formami i motywami dekoracyjnymi. Fajans z Włocławka znów można było znaleźć w całej Polsce.

Pandemia i kolejny kryzys

Rok 2020 okazał się przełomowy w złym sensie. Pandemia zachwiała polską gospodarką, a fabryka Szanowskich znalazła się w trudnej sytuacji. Lockdowny, zamknięte sklepy, niepewność co do przyszłości. Wszystko to sprawiło, że właściciele podjęli decyzję o tymczasowym wstrzymaniu produkcji. Potem okoliczności zawodowe i osobiste zadecydowały, że nie zdecydowali się na ponowne otwarcie.

Znowu włocławski fajans stanął na rozdrożu. Znowu pojawił się ten sam dramatyczny znak zapytania: co dalej?

Na szczęście, tym razem przerwa trwała krócej. Do Szanowskich zgłaszali się potencjalni inwestorzy. Po prawie roku rozmów wybrali człowieka, który dawał gwarancję ciągłości, silnie związanego z regionem, rozumiejącego wagę tego dziedzictwa. Był nim Tyberiusz Rajs, włocławski przedsiębiorca prowadzący między innymi Garage Hotel, który jak sam mówił w wywiadach: zdecydował się na to wyzwanie, bo po prostu kocha Włocławek.

Na mocy umowy licencyjnej w czerwcu 2021 roku Rajs uzyskał prawo do produkcji fajansu. Już w lipcu 2021 roku, po żmudnych przygotowaniach, światło dzienne ujrzały pierwsze filiżanki, figurki i talerze nowej ery. Reaktywacja spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem. Zarówno mediów, mieszkańców miasta, jak i Prezydenta Włocławka Marka Wojtkowskiego, który zapewnił o pełnym wsparciu miasta dla tej inicjatywy.


Skarbiec Fajansu - gdzie można poczuć tę historię na żywo

Jeśli chcesz naprawdę poczuć klimat włocławskiego fajansu i zrozumieć, skąd bierze się jego wyjątkowość, powinieneś odwiedzić Skarbiec Fajansu we Włocławku. Znajduje się on na ul. Żabia 2. To wyjątkowe miejsce, gdzie historia ceramiki z Kujaw jest prezentowana w przystępny i interesujący sposób.


Skarbiec fajansu

Skarbiec to nie tylko ekspozycja dawnych wyrobów, choć i ta robi wrażenie. To przede wszystkim żywa opowieść o ludziach, fabrykach, wzorach i pasji, która nie dała się zgasić przez zmiany historyczne. Można tu zobaczyć ceramikę z różnych epok, poznać ewolucję wzorów od folklorystycznych motywów kujawskich przez modernistyczne eksperymenty "pikasiaków" aż do współczesnych form. Wiele eksponatów to prawdziwe rynkowe rarytasy, których dziś nie uświadczysz w żadnym sklepie.


Wnętrze skarbcu fajansu

Dla każdego, kto interesuje się historią polskiego rzemiosła i wzornictwa, a przy okazji chce zrozumieć, co sprawia, że włocławski fajans jest tak rozpoznawalny na tle innych polskich ceramik - Skarbiec jest miejscem obowiązkowym.


Co zostało z wielkiej tradycji? Dwa zakłady, dwie opowieści

Dziś włocławski fajans produkują dokładnie dwa przedsiębiorstwa. Oba we Włocławku, oba z pasją podtrzymujące tradycję, choć każde z własną, osobną historią. Przyjrzyjmy się im bliżej.


Fabryka Fajansu Włocławek Tyberiusz Rajs

Pierwsza firma to Fabryka Fajansu Włocławek Tyberiusz Rajs, działająca pod adresem ul. Spółdzielcza 3, 87-800 Włocławek.

To właśnie ta firma jest bezpośrednią kontynuatorką dziedzictwa Szanowskich. Jak pisaliśmy wcześniej, Tyberiusz Rajs przejął fabrykę w 2021 roku i już w lipcu tego samego roku wypuścił na rynek pierwsze wyroby - filiżanki, talerze i figurki, które spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem miłośników ceramiki.

Firma stawia na oryginalne, ręcznie malowane wzory w głębokim kobalcie, inspirowane regionalnym folklorem kujawskim. Każdy wyrób jest unikatowy, a sygnatura Fabryki Fajansu na spodzie potwierdza jego autentyczność. Jak sami piszą: "Oryginalny fajans z Włocławka można rozpoznać po kilku cechach charakterystycznych. Przede wszystkim wyróżniają go ręcznie malowane wzory, najczęściej w kobaltowej kolorystyce, przedstawiające motywy kwiatowe lub ludowe."

W ofercie znaleźć można szeroką gamę wyrobów użytkowych i dekoracyjnych: filiżanki, kubki, talerze, maselnice, solniczki, pieprzniczki, a także dekoracyjne figurki, szkatułki, zegary i lampy. Firma prowadzi aktywną sprzedaż internetową, oferując zarówno klasyczne, dobrze znane wzory, jak i zupełnie nowe kolekcje. Jednym z ciekawych kierunków rozwoju jest marka Fajansowe Love - linia luksusowej biżuterii ze srebra i fajansu, która przenosi tradycyjne kujawskie motywy w zupełnie nowy wymiar. Naszyjniki, kolczyki i bransoletki zdobione fajansowymi elementami to dowód na to, że tradycja może być naprawdę współczesna.


Fajans Włocławski sp. z o.o.

Drugą firmą jest Fajans Włocławski sp. z o.o., z siedzibą przy ulicy Falbanka 28 we Włocławku.

Ta historia jest równie piękna, choć inna w detalach. Spółka Fajans Włocławski nawiązuje wprost do dziedzictwa Ewy i Jerzego Szanowskich. Tych samych, którzy reaktywowali produkcję w 2002 roku. Po śmierci Pani Ewy Szanowskiej jej syn Tomasz podjął decyzję o kontynuowaniu dzieła mamy. W czerwcu 2024 roku założył spółkę Fajans Włocławski, a po generalnym remoncie i wyposażeniu zakładu w nowe maszyny - we wrześniu 2024 roku ruszyła produkcja.

Jak sami piszą o sobie: "Tu od 2001 r. ręcznie wytwarzamy i malujemy ceramikę zwaną fajansem, kultywując charakterystyczne wzory kwiatowe wywodzące się z tradycji kujawskiej." To zdanie mówi wszystko, to nie jest zwykły biznes. To misja, kontynuacja, dziedzictwo przekazywane z matki na syna.

W zakładzie na Falbance produkuje się szeroką gamę wyrobów: kubki, filiżanki ze spodkiem, talerze, paterę do ciasta, wazony, dzbanki, imbryki, cukiernice, miski, maselnice, figurki (aż 73 różne!), magnesy, pieprzniczki, solniczki, ozdoby świąteczne, skarbonki i wiele więcej. Firma oferuje też indywidualne zamówienia - możliwość stworzenia wyrobu z własnym wzorem lub dedykacją, co czyni te produkty doskonałymi prezentami na każdą okazję.

Firma prowadzi również warsztaty fajansowe - okazję, żeby samemu spróbować malowania na ceramice pod okiem doświadczonych malarek. To świetna propozycja zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci czy grup szkolnych. Kilka godzin z pędzlem w ręku i odkrywasz, że to wcale nie jest takie proste, jak wygląda i że tym bardziej trzeba cenić mistrzów swojego rzemiosła.

Warto też wspomnieć, że Włocławek oficjalnie dołączył do trasy Europejskiego Szlaku Ceramiki - obok miast z Francji, Hiszpanii, Włoch czy Niemiec. To ogromne wyróżnienie i potwierdzenie, że polska ceramika z Kujaw jest traktowana poważnie na europejskim poziomie.


Fajans włocławski dziś - moda czy trwały trend?

W ostatnich latach fajans włocławski przeżywa prawdziwy renesans popularności. Pojawia się w katalogach wnętrzarskich, w mediach społecznościowych, na stołach w restauracjach stawiających na lokalność i tradycję. Młodzi ludzie, zmęczeni bezosobową estetyką sieciowych sklepów z dekoracjami, coraz chętniej sięgają po rzeczy "z duszą".

Czy to tylko moda? Niekoniecznie. Fajans włocławski przetrwał już kilka modowych cykli i za każdym razem wracał. Może dlatego, że prawdziwe rzemiosło ma w sobie coś ponadczasowego. Kobaltowe kwiaty nie starzeją się tak jak wzornictwo przemysłowe. Są pewne rzeczy, które po prostu są piękne i tyle.

Jeśli jeszcze nie masz w swoim domu żadnego fajansowego wyrobu z Włocławka, może warto to zmienić? Nie musisz szukać daleko, oba zakłady prowadzą sklepy internetowe, gdzie zamówisz wyroby z dostawą pod drzwi. A jeśli masz okazję być we Włocławku, odwiedź jedno z tych miejsc osobiście. Zobaczyć, jak malarka stawia pędzel na ceramice, jak kolorowy wzór wyłania się z białej masy, to doświadczenie, które zmienia sposób patrzenia na przedmioty, które nas otaczają.


Polscy producenci budyniów i kisieli

 


Czy jest coś bardziej swojskiego niż zapach gotującego się budyniu, który rozchodzi się po całym domu? Albo kubek ciepłego kisielu wieczorem, kiedy za oknem pada deszcz? Dla zdecydowanej większości Polaków to wspomnienia z dzieciństwa, które trudno zastąpić czymkolwiek innym. I choć dziś półki sklepowe uginają się od zagranicznych deserów, to właśnie polskie firmy wciąż wyznaczają standardy w tej kategorii produktów. Dzisiaj przyjrzymy się bliżej tym, którzy stoją za tymi smakami - rodzimym producentom budyniów i kisieli, którzy od dekad karmią Polaków słodkimi chwilami.


Dlaczego warto mówić o polskiej produkcji?

Zanim przejdziemy do konkretnych firm, zatrzymajmy się na chwilę przy jednej ważnej kwestii. W dobie globalizacji, kiedy coraz więcej produktów spożywczych pochodzi z Niemiec, Holandii czy Belgii, polskie przedsiębiorstwa z branży spożywczej mają ogromne znaczenie, nie tylko sentymentalne, ale i czysto gospodarcze.

Polskie zakłady produkcyjne to tysiące miejsc pracy, lokalne inwestycje i podatki zasilające nasz budżet. To rolnicy, którzy dostarczają surowce, kierowcy rozwoźący towary, wreszcie sklepy - często małe, osiedlowe, które te produkty sprzedają. Łańcuch jest długi i skomplikowany, ale każde ogniwo ma znaczenie.

Co więcej, krajowi producenci to często firmy z wieloletnią tradycją, które przez lata dopracowywały swoje receptury i dostosowywały je do polskiego podniebienia. Nie kupujesz od kogoś anonimowego - kupujesz od firmy, która ma konkretną siedzibę, historię i ludzi z krwi i kości.

Przejdźmy więc do rzeczy i poznajmy pięciu kluczowych graczy na rynku budyniów i kisieli w Polsce.


Gellwe / FoodCare - z kawiarni w Zabierzowie na cały kraj

Jeśli kiedykolwiek robiłeś budyń w domu, istnieje duże prawdopodobieństwo, że sięgnąłeś właśnie po Gellwe. Marka ma jednak historię, której wiele osób nie zna, a jest ona zaskakująco ciekawa.

Historia firmy FoodCare (pierwotnie działającej pod nazwą Gellwe - teraz jest to marka) sięga 1984 roku. Wtedy to właściciel firmy, Wiesław Włodarski, w założonej w Zabierzowie pod Krakowem kawiarence zaczął serwować desery przygotowywane na bazie tradycyjnych receptur. Większość z tamtych receptur, co warto podkreślić, jest używana do dziś w produkcji wyrobów marki Gellwe. To nie marketing, to autentyczna historia.

budyń gellwe
Źródło: gellwe.pl

Przez kolejne lata firma pod nazwą Gellwe aktywnie rozwijała sprzedaż swojego asortymentu produktów deserowych. W 1997 roku uruchomiono nowoczesny zakład produkcyjny w Zabierzowie, który stał się sercem produkcji budyniów, kisieli i galaretek. Marka stawała się coraz bardziej rozpoznawalna na polskim rynku - synonimem dobrej jakości i wyjątkowego smaku.

Dynamiczny rozwój firmy sprawił, że 1 stycznia 2008 roku przedsiębiorstwo zmieniło nazwę z Gellwe na FoodCare. Gellwe stało się natomiast główną marką produktową firmy i pod tym szyldem funkcjonuje do dziś. Siedziba spółki mieści się w Zabierzowie niedaleko Krakowa, a zakład produkcyjny pozostaje w Polsce.

Co ciekawe, FoodCare to dziś znacznie więcej niż tylko budynie. Firma jest też właścicielem takich marek jak napój energetyczny Black czy izotonik 4MOVE. Jednak to właśnie Gellwe z budyniami, kisielami, galaretkami i Słodkimi Kubkami (kisielami z kawałkami owoców) pozostaje jej kulinarnym sercem. Produkty Gellwe wyróżnia brak oleju palmowego, sztucznych barwników i syropu glukozowego i to jest dzisiaj poważna przewaga konkurencyjna.


Delecta / FoodWell - ponad 200 lat historii we Włocławku

Delecta to marka, przy której warto naprostować kilka powszechnych nieporozumień. Nie, nie należy do Dr. Oetkera. Delecta jest dziś w polskich rękach i stanowi część grupy FoodWell, firmy ze 100% polskim kapitałem.

Historia zakładu we Włocławku sięga aż 1816 roku, co czyni go jednym z najstarszych działających zakładów produkcji spożywczej w Polsce. Zaczęło się od palenia cykorii na kawę zbożową i od 1959 roku zakład ten produkuje cały asortyment marki Delecta. Pod samą marką Delecta firma funkcjonuje od 1921 roku. To ponad sto lat obecności w polskich kuchniach.

kisiel delecta

Przez XX wiek firma przechodziła różne fazy własności. W czasach PRL-u funkcjonowała jako państwowe Kujawskie Zakłady Koncentratów Spożywczych. Po transformacji przekształcono ją w spółkę pracowniczą Delecta S.A. W 1996 roku spółka weszła w skład norweskiego koncernu Rieber & Son, następnie trafiła pod skrzydła Orkla. Jednak w 2014 roku Delecta wróciła do polskich rąk. Stała się częścią Grupy Kapitałowej Bakalland, należącej do Mariana Owerko i Rafała Brzoski. W 2022 roku Bakalland połączył się z marką Purella Superfoods, a całość przyjęła nazwę FoodWell.

Dziś FoodWell posiada dwa zakłady produkcyjne w Polsce: w Janowie Podlaskim (ponad 30 000 m² powierzchni, centrum produkcji Bakalland) oraz we Włocławku, gdzie produkowane są budynie, kisiele i cały asortyment Delecty. Jakość potwierdzona jest certyfikatami BRC i IFS z najwyższą oceną AA - uznawanymi standardami w europejskim przemyśle spożywczym.

Delecta pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek deserowych w Polsce, a jej asortyment budyniów i kisieli, od klasycznych smaków po wersje premium z wanilią Bourbon - trafia zarówno na rynek krajowy, jak i do polskich sklepów za granicą.


Emix - rodzinna firma z Rusinowa, która karmiła Polaków lodami od Bałtyku po Tatry

Emix to marka mniej medialna od Gellwe czy Delecty, ale na rynku deserów instant ma solidną i ciekawą historię. Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Handlowe EMIX powstało w 1991 roku w Rusinowie koło Rypina na Kujawach. Założył je Stanisław Pacek i od początku była to firma rodzinna.

Pierwsze kroki? Lody w proszku do automatów lodziarskich. To nieoczekiwany, ale logiczny punkt startowy. Zapotrzebowanie na takie produkty w gastronomii było ogromne, a rynek dopiero się otwierał po transformacji. Do dziś zresztą gofry i lody w proszku Emix są obecne w tysiącach punktów gastronomicznych w całej Polsce - nad morzem, w górach, w parkach. Wielu Polaków jadło produkty Emix, nie wiedząc o tym.

Z biegiem lat oferta firmy rozszerzyła się znacznie - galaretki, kisiele, budynie, ciasta w proszku, bakalie, kasze, a nawet wegańskie kubki kaszy. Na przestrzeni ponad 30 lat działalności asortyment Emixu przekroczył 200 pozycji. Firma z powodzeniem eksportuje produkty na rynki europejskie oraz do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

W 2025 roku Emix otworzył nowy rozdział w swojej historii, wprowadzając markę Lucatto, dedykowaną budyniom i kisielom instant w nowym, nowoczesnym wydaniu z włoskim akcentem (linia Dolce Vita). To pokazuje, że ta kujawska rodzinna firma nie zamierza stać w miejscu.

Zakład produkcyjny Emix mieści się w Polsce, a firma pozostaje przykładem tego, że można zbudować silną markę deserową wychodząc od produktu gastronomicznego i cierpliwie rozwijając ofertę przez kolejne dekady.


Agro-Wodzisław - z cygarowni do fabryki deserów na Śląsku

Historia Agro-Wodzisław to jedna z bardziej zaskakujących opowieści w polskim przemyśle spożywczym. Bo zanim w Wodzisławiu Śląskim zaczęto produkować kisiele i budynie, przez lata wytwarzano tam... cygara i papierosy.

W latach 20. XX wieku w Wodzisławiu, tuż obok dawnego średniowiecznego targu końskiego, powstała „państwowa fabryka tytoniowa w Wodzisławiu", szybko zwana Cygarownią. Produkowano tam wyroby tytoniowe aż do 1951 roku. W drugiej połowie XX wieku, gdy w obliczu niedoborów żywnościowych uznano, że lepiej zainwestować w przetwórstwo spożywcze, w tym miejscu powstały Śląskie Zakłady Koncentratów Spożywczych w Wodzisławiu Śląskim. W 1964 roku zakład oficjalnie ruszył pod szyldem Zakładów Koncentratów Spożywczych „Wodzisław" i szybko stał się rozpoznawalnym w całym kraju dostawcą produktów pod hasłem „szybki obiad w pięć minut".

W 2003 roku na fundamentach Zakładów Koncentratów Spożywczych „Wodzisław" S.A. powołano nową spółkę - Agro-Wodzisław Sp. z o.o., która w 2006 roku przekształciła się w Agro-Wodzisław Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.k. Firma opiera się na 100% polskim kapitale i z dumą podkreśla swoje zakorzenienie w lokalnej społeczności Wodzisławia Śląskiego.

Marka Wodzisław liczy sobie dziś prawie 60 lat obecności na polskim rynku i oferuje budynie, kisiele, galaretki, a także dodatki piekarnicze, zupy w słoikach i dania gotowe. Agro-Wodzisław angażuje się też aktywnie w inicjatywy społeczne, edukacyjne i kulturalne na Śląsku, podkreślając swój wkład w rozwój lokalnej społeczności.


Cykoria S.A. - historia sięgająca 1880 roku, zakład w sercu Kujaw

Cykoria S.A. to firma, której historia jest wyjątkowo długa nawet jak na polskie standardy. Jej korzenie sięgają 1880 roku, kiedy w Wierzchosławicach na Kujawach powstała Cukrownia Wierzchosławice Spółka Akcyjna - w samym sercu regionu słynącego z urodzajnych gleb i tradycji rolniczych.

budyń cykoria

Przez kolejne dekady zakład przechodził przemiany wraz z całą Polską. W 1994 roku, w ramach prywatyzacji, przedsiębiorstwo przekształcono w Spółkę Akcyjną ze 100% polskim kapitałem pod nazwą Zakłady Przetwórstwa Cykorii S.A. (CYKORIA S.A.). Siedziba firmy mieści się w Wierzchosławicach (gmina Gniewkowo, województwo kujawsko-pomorskie) i co ważne, pozostaje tam do dziś, zakorzeniona w tym samym miejscu od ponad 140 lat.

Nazwa marki może nieco mylić, bo Cykoria S.A. to nie tylko cykoria, to pełnoprawny producent koncentratów spożywczych o szerokim portfolio. W ofercie firmy znajdziemy budynie, kisiele, galaretki owocowe, śmietankę kremową Śnieżka, lody domowe, kremy do tortów, zupy i sosy w proszku, przyprawy do potraw, żelatynę, cukier wanilinowy, sernik błyskawiczny, a także susze cykorii i warzyw. Firma produkuje też napoje pod marką Drim.


Polskie budynie i kisiele a polska gospodarka - większy obraz

Kiedy patrzymy na te pięć firm razem, wyłania się ciekawy obraz polskiej branży spożywczej. Mamy tu firmy z zupełnie różnych regionów Polski: Zabierzów pod Krakowem (FoodCare/Gellwe), Włocławek (Delecta/FoodWell), Kujawy (Rusinowo/Emix i Wierzchosławice/Cykoria) oraz Śląsk (Agro-Wodzisław). To geograficzne rozproszenie produkcji to realny wkład w gospodarkę wielu polskich regionów.

Pomyśl o tym tak: każda torebka budyniu, którą kupujesz w polskim sklepie, przeszła przez wiele polskich rąk. Rolnik dostarczał skrobię, pracownik fabryki mieszał składniki, operator maszyny pakował torebki, kierowca rozwoził palety, ekspedientka układała je na półce. Brzmi banalnie, ale w skali milionów opakowań miesięcznie przekłada się to na konkretne miejsca pracy i konkretne pensje, które trafiają do lokalnych społeczności.

Co więcej, polscy producenci coraz śmielej wychodzą na rynki zagraniczne. Budynie i kisiele pod polskimi markami można kupić nie tylko w Polsce, ale też w sklepach polonijnych w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii czy Stanach Zjednoczonych. Polska diaspora jest ogromna, a tęsknota za smakami dzieciństwa napędza realny eksport.


Podsumowanie

Gellwe/FoodCare, Delecta/FoodWell, Emix, Agro-Wodzisław i Cykoria S.A. - każda z tych firm ma swoją konkretną historię, swoje polskie zakłady produkcyjne i swój mierzalny wkład w polską gospodarkę. Od kawiarni w Zabierzowie przez zakład z 1816 roku we Włocławku, przez kujawską rodzinną firmę, śląskie dziedzictwo po kujawy z tradycją sięgającą 1880 roku, to naprawdę bogata i różnorodna mozaika.

Następnym razem, kiedy staniesz przed sklepową półką z budyniami i kisielami, wiesz już znacznie więcej o tym, co stoi za polską marką. To nie tylko torebka z proszkiem, to historia, tradycja, praca tysięcy Polaków i kapitał, który zostaje w Polsce.