Nie wszystko oddaliśmy. Polski sukces w handlu RTV i AGD

 

polskie sieci handlowe rtv i agd


Jak to często bywa, gdy mówimy o polskim handlu, w głowie automatycznie zapala się czerwona lampka. Sieci spożywcze? W większości zagraniczne. Galerie handlowe? Często z kapitałem z Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii. Banki? Też nie zawsze polskie. I człowiek już z góry zakłada, że tak jest wszędzie - że Polacy sprzedali wszystko, co się dało sprzedać, a sami zostali tylko z etatami kasjerów i magazynierów. Tymczasem jest jedna branża, w której ten stereotyp się rozsypuje jak domek z kart. Mówię o handlu RTV i AGD.

Usiądź wygodnie, bo opowiem Ci historię, która naprawdę może zaskoczyć. Bo o ile w sklepach spożywczych rządzą Biedronka (portugalski Jerónimo Martins), Lidl (niemiecki Schwarz Group) czy Auchan (francuski kapitał), to w segmencie elektroniki użytkowej i sprzętu domowego sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tutaj rządzą Polacy. I rządzą naprawdę dobrze.

Dlaczego to akurat ta branża obroniła się przed wykupem?

Zanim przejdę do konkretnych firm, warto się zastanowić, dlaczego właśnie handel elektroniką stał się polską domeną. Bo to nie przypadek, a splot kilku czynników.

Po pierwsze - czas. Większość dużych sieci RTV i AGD w Polsce powstawała na początku lat 90., kiedy zagraniczne korporacje jeszcze nie traktowały Polski jako priorytetowego rynku do podboju w tym konkretnym segmencie. Skupiały się na żywności, bo to był rynek "pierwszej potrzeby" i dawał szybki zwrot z inwestycji. Elektronika użytkowa wydawała się wtedy zbyt niszowa, zbyt ryzykowna, zbyt zależna od mody i technologii.

Po drugie - specyfika branży. Handel elektroniką wymaga zupełnie innego know-how niż handel spożywczy. Trzeba znać się na produkcie, umieć doradzić klientowi, ogarniać serwis, gwarancje, logistykę drogiego i delikatnego towaru. To nie jest biznes, w którym wystarczy postawić półki i czekać na klienta. Polscy przedsiębiorcy, którzy zaczynali od małych sklepików z telewizorami i pralkami, z czasem zdobyli tę wiedzę i przekuli ją w realną przewagę konkurencyjną.

Po trzecie - i to jest może najważniejsze - polskie firmy po prostu były szybsze i bardziej elastyczne. Kiedy w Polsce zaczął się boom na elektronikę, lokalni przedsiębiorcy od razu zaczęli otwierać kolejne placówki, inwestować w logistykę, budować rozpoznawalność marki. Zagraniczne sieci weszły później i musiały gonić rynek, na którym już ktoś inny zdążył zająć najlepsze pozycje.

MediaMarkt - jedyny duży zagraniczny gracz

Tu dochodzimy do naprawdę ciekawego punktu tej historii. Bo jeśli zapytasz przeciętnego Polaka, jaka sieć RTV i AGD jest największa, prawdopodobnie usłyszysz "MediaMarkt" albo "Media Expert" - i obie odpowiedzi byłyby częściowo słuszne, w zależności od tego, jak liczymy.

MediaMarkt to niemiecka sieć, należąca do grupy Ceconomy AG (wcześniej MediaMarktSaturn Retail Group), działająca w Polsce od 2002 roku. To rzeczywiście duży i ważny gracz na naszym rynku - ma rozpoznawalną markę, sporo sklepów w największych miastach i mocną pozycję w sprzedaży online. Ale tu jest haczyk: MediaMarkt jest praktycznie jedyną dużą, zagraniczną siecią w tym segmencie w Polsce.

Pomyśl o tym przez chwilę. W sklepach spożywczych masz Biedronkę, Lidla, Kauflanda, Aldi, Auchan, Carrefour, Netto - i to wszystko są sieci z kapitałem zagranicznym. Tymczasem w handlu RTV i AGD masz MediaMarkt jako głównego przedstawiciela zagranicznego kapitału, a po drugiej stronie barykady stoi cała armia polskich firm, które nie tylko przetrwały konkurencję z międzynarodowym gigantem, ale w wielu przypadkach go przegoniły.

To jest dokładnie ta sytuacja, o której mówię w tytule - "nie wszystko oddaliśmy". W tej jednej, bardzo konkretnej branży, polski kapitał nie tylko się obronił, ale wręcz zdominował rynek.

Lista polskich sieci handlowych RTV i AGD:

Media Expert (624 sklepy)

Zacznijmy od największego. Media Expert to dziś bezdyskusyjny numer jeden w polskim handlu elektroniką użytkową i sprzętem AGD.

Historia Media Expert sięga roku 2002, kiedy spółka rozwijała się pod różnymi nazwami i markami, by ostatecznie skonsolidować się pod jednym, mocnym brandem. Dziś sieć liczy kilkaset salonów rozsianych po całej Polsce - od największych metropolii do mniejszych miejscowości, do których zagraniczne sieci często nawet nie zaglądają, bo nie widzą w tym sensu biznesowego.

I to jest właśnie jedna z kluczowych przewag Media Expert nad MediaMarktem - obecność lokalna. Niemiecka sieć skupia się głównie na dużych miastach i dużych formatach sklepów w centrach handlowych. Media Expert poszedł szerzej - dotarł do mniejszych ośrodków, gdzie konkurencja jest mniejsza, a lojalność klientów łatwiejsza do zbudowania.

Co więcej, Media Expert intensywnie inwestuje w e-commerce i logistykę, co w czasach po pandemii stało się absolutnie kluczowe. Centra logistyczne, szybka dostawa, rozwinięta sieć punktów odbioru - to wszystko sprawia, że polska firma skutecznie konkuruje z każdym, nawet największym zagranicznym rywalem.

RTV Euro AGD (352 sklepy)

Jeśli Media Expert jest liderem, to RTV Euro AGD to jego najbliższy konkurent i druga największa siła w polskim handlu elektroniką. Marka działa pod szyldem Euro-net Sp. z o.o. i jest obecna na rynku od lat 90., co czyni ją jedną z najstarszych i najbardziej rozpoznawalnych sieci w tym segmencie.

RTV Euro AGD ma swoje salony praktycznie w każdym większym mieście w Polsce, a charakterystyczne, krzykliwe reklamy z promocjami i obniżkami cen weszły wręcz do kanonu polskiej popkultury reklamowej.

Co istotne, RTV Euro AGD od lat stawia na duże powierzchnie handlowe, w których klient może nie tylko kupić sprzęt, ale też dotknąć go, przetestować, porozmawiać z konsultantem. W czasach, gdy coraz więcej zakupów przenosi się do internetu, ta sieć udowadnia, że tradycyjny, stacjonarny handel wciąż ma sens - pod warunkiem, że robi się to dobrze.

Neonet (bliko 150 sklepów)

Neonet to nazwa, która towarzyszy polskiemu rynkowi RTV i AGD od dawna. Firma miała w swojej historii momenty wzlotów i trudniejsze okresy, w tym problemy finansowe i restrukturyzacje, ale - co ważne - przetrwała i wciąż funkcjonuje jako rozpoznawalna, polska marka na rynku elektroniki.

Neonet rozwijał sieć sklepów stacjonarnych w wielu polskich miastach, stawiając na lokalność i bliskość klienta, podobnie jak Media Expert. To podejście, polegające na docieraniu do mniejszych miejscowości, gdzie międzynarodowi giganci nie chcą inwestować, jest swego rodzaju polską specjalnością w tej branży - i działa.

Warto też zauważyć, że trudności, przez które przechodził Neonet, są dobrym przykładem tego, jak twardy i konkurencyjny jest ten rynek. Polskie firmy nie miały tu żadnej taryfy ulgowej - musiały radzić sobie same, bez wsparcia globalnych korporacji, bez dostępu do nieograniczonego kapitału z zagranicy. To, że marka wciąż istnieje, mówi wiele o determinacji polskich przedsiębiorców i menedżerów.

Partner AGD RTV (ponad 40 sklepów)

Partner AGD RTV to przykład trochę innego modelu biznesowego - sieci opartej w dużej mierze na zasadach franczyzowych i współpracy z lokalnymi przedsiębiorcami. To pokazuje, że polski sukces w tej branży nie polega tylko na jednym, scentralizowanym modelu wielkich hiperstorów, ale też na sieciach rozproszonych, budowanych przez wielu mniejszych, lokalnych graczy działających pod wspólnym szyldem.

Taki model ma swoje zalety - lokalny przedsiębiorca, prowadzący sklep pod marką Partner AGD RTV, zna swoich klientów, rozumie specyfikę regionu, w którym działa, i jest w stanie budować relacje, których nie da się odtworzyć w wielkim, anonimowym hipermarkecie. To swego rodzaju polska odpowiedź na pytanie, jak konkurować z gigantami - nie zawsze trzeba być największym, czasem trzeba być najbliżej klienta.

Max Elektro (426 sklepów)

Max Elektro to kolejna polska sieć, która może nie jest tak powszechnie znana jak Media Expert czy RTV Euro AGD, ale skutecznie zajmuje swoją niszę na rynku. Firma koncentruje się na konkretnych regionach Polski, budując tam silną, rozpoznawalną obecność i lojalność klientów.

To dobry przykład tego, że polski rynek RTV i AGD nie jest zdominowany tylko przez dwóch czy trzech wielkich graczy - jest w nim miejsce również na sieci średniej wielkości, które potrafią skutecznie konkurować na swoim terenie, oferując konkurencyjne ceny, dobrą obsługę klienta i znajomość lokalnych potrzeb.

Max Elektro, podobnie jak inne wymienione tu firmy, generuje miejsca pracy w swoim regionie, współpracuje z lokalnymi dostawcami usług logistycznych i serwisowych, co przekłada się na realny, choć często niedoceniany, wpływ na lokalną gospodarkę.

Komputronik (ponad 100 salonów)

Komputronik to nazwa, która wielu osobom kojarzy się przede wszystkim z komputerami i sprzętem IT, ale firma od lat rozwija się też w segmencie szerszej elektroniki użytkowej i AGD. To jedna z najbardziej znanych polskich marek technologicznych, notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

Komputronik ma swoje korzenie w Poznaniu i z czasem rozwinął sieć sklepów stacjonarnych w wielu miastach Polski, jednocześnie mocno stawiając na rozwój kanału e-commerce. To firma, która dobrze odzwierciedla ewolucję polskiego handlu elektroniką - od małego, lokalnego biznesu komputerowego do rozpoznawalnej marki o zasięgu krajowym, konkurującej z największymi.

Co to wszystko znaczy dla polskiej gospodarki?

Teraz zatrzymajmy się na chwilę i zastanówmy, dlaczego to, że te firmy są polskie, ma realne znaczenie, a nie jest tylko kwestią sentymentu czy patriotyzmu gospodarczego.

Po pierwsze - podatki. Polskie spółki, z polskim kapitałem i polskim zarządem, płacą podatki w Polsce, od zysków generowanych w Polsce. W przypadku zagranicznych korporacji mechanizmy optymalizacji podatkowej, transferu cen czy dywidend do zagranicznych spółek-matek są powszechną praktyką - to nie jest żadna teoria spiskowa, to standardowy element globalnego biznesu. Polskie firmy z tej branży zostawiają więc więcej wartości w kraju.

Po drugie - miejsca pracy o wyższej wartości dodanej. Mówimy nie tylko o sprzedawcach w sklepach, ale o całych zespołach logistycznych, działach IT, marketingu, zarządzania, analizy danych, które są zlokalizowane w Polsce, a nie w centralach gdzieś w Niemczech czy Francji. To oznacza, że decyzje strategiczne, inwestycje w rozwój, wybór dostawców - wszystko to dzieje się tutaj, blisko polskiego rynku i polskich potrzeb.

Po trzecie - elastyczność i szybkość reakcji na zmiany rynkowe. Polskie firmy, podejmujące decyzje lokalnie, mogą szybciej reagować na zmiany w preferencjach klientów, na sytuację gospodarczą, na lokalną konkurencję. Nie muszą czekać na zgodę zagranicznej centrali, żeby wprowadzić promocję dopasowaną do specyfiki polskiego rynku czy otworzyć sklep w mniejszym mieście, które nie pojawia się na priorytetowej liście inwestycyjnej międzynarodowego koncernu.

Po czwarte - efekt mnożnikowy dla innych polskich firm. Polskie sieci RTV i AGD współpracują często z polskimi firmami logistycznymi, polskimi firmami serwisowymi, polskimi agencjami marketingowymi, polskimi producentami opakowań i tak dalej. To tworzy cały ekosystem gospodarczy, w którym pieniądze krążą w obrębie polskiej gospodarki, generując kolejne podatki, kolejne miejsca pracy, kolejne inwestycje.


Podsumowanie - mała branża, wielka satysfakcja

Kiedy następnym razem usłyszysz narzekanie, że "wszystko sprzedaliśmy zagranicy", że w polskich sklepach nie ma już nic polskiego, warto przypomnieć sobie właśnie ten przykład. Handel RTV i AGD w Polsce to jeden z niewielu segmentów gospodarki, w którym polski kapitał nie tylko przetrwał starcie z zagraniczną konkurencją, ale zdecydowanie wygrał tę walkę.

Media Expert, RTV Euro AGD, Neonet, Partner Euro AGD, Max Elektro, Komputronik - to nazwy, które większość z nas zna, bo prawdopodobnie kupowaliśmy w nich pralkę, telewizor czy laptopa. Mało kto jednak zastanawia się, że za tymi szyldami stoi polski kapitał, polskie zarządy, polscy pracownicy i polskie podatki płacone w polskim budżecie.

To pokazuje coś ważnego - polski biznes potrafi konkurować z największymi, potrafi budować trwałe, dobrze zarządzane firmy, które przetrwają dekady zmian gospodarczych, kryzysów i nowych trendów technologicznych. Wystarczy spojrzeć w odpowiednie miejsce, żeby zobaczyć, że nie wszystko oddaliśmy - a w niektórych branżach polski kapitał wciąż rządzi twardą ręką.


Polski inkBook - alternatywa dla Kindle od Amazona

 

inkbook solaris 2
źródło grafiki: inkbook.pl

Kiedy myślimy o czytnikach e-booków, w głowie od razu zapala się jedno słowo: Kindle. Amazon zdominował ten rynek tak skutecznie, że dla wielu osób „czytnik ebooków" i „Kindle" to praktycznie synonimy. Ale czy wiecie, że od kilkunastu lat na tym samym rynku, twardo i bez fanfar, działa polska firma, która zbudowała swoją markę właśnie jako odpowiedź na amerykańskiego giganta? Mówię o inkBook - urządzeniu, które dla wielu Polaków stało się czymś więcej niż tylko gadżetem do czytania. To mały kawałek polskiej przedsiębiorczości, który przetrwał, rozwinął się i wciąż konkuruje na arenie międzynarodowej.

Wrocław, 2009 rok. Wszystko zaczyna się od pasji do książek

Nie było garażu pełnego prototypów, nie było worka pełnego dolarów od inwestorów z Doliny Krzemowej. Była za to jedna konkretna osoba - Paweł Horbaczewski, i jego prywatny problem: częste podróże służbowe kolidowały z jego zamiłowaniem do czytania książek. Zwykła, ludzka potrzeba. I właśnie z tej potrzeby, 1 marca 2009 roku we Wrocławiu, narodziła się firma, która z czasem zmieni polski rynek e-czytników.

Firma nazywała się Arta Tech. Na początku nie produkowała absolutnie niczego. Zajmowała się dystrybucją czytników innych marek, głównie Onyx Book, urządzeń od międzynarodowego producenta Onyx International. Brzmi to dość skromnie, prawda? Ale to właśnie te pierwsze lata, od 2009 do 2015 roku, dały wrocławskiej spółce coś bezcennego: doświadczenie, wiedzę o polskim rynku i kontakt z tysiącami czytelników, którzy mówili wprost, czego im brakuje w dostępnych na rynku urządzeniach.

I tu pojawia się pytanie, które pewnie sami zadajecie: dlaczego dystrybutor zamienił się w producenta? Odpowiedź jest prosta i bardzo ludzka, bo bycie zależnym od cudzej polityki produktowej po prostu się znudziło. Arta Tech chciała mieć pełną kontrolę nad swoim produktem. Nie chciała czekać, aż zagraniczny partner zdecyduje, czy w ogóle będzie obsługiwał polski język, czy uwzględni potrzeby lokalnych czytelników. Tak, gdzieś około 2015 roku, narodziła się marka inkBOOK.

Pierwszy i jedyny polski producent czytników ebooków

To zdanie brzmi jak slogan marketingowy, ale akurat w tym przypadku jest po prostu prawdą. inkBOOK stał się drugim producentem czytników ebooków na arenie europejskiej, a pierwszym i jak dotąd jedynym, polskim producentem w tej kategorii. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym fakcie, bo to naprawdę rzadkość. Polska nie jest krajem, który kojarzy się z produkcją elektroniki użytkowej na skalę europejską. A jednak.

Pierwsze modele, które wyszły spod skrzydeł Arta Tech, to inkBOOK Prime HD, inkBOOK Lumos oraz inkBOOK Explore. Każdy z nich miał swoją niszę. Lumos celował w bardziej zaawansowanych czytelników, którzy chcieli czegoś lepszego niż wersja podstawowa, ale nie chcieli też płacić fortuny. inkBOOK Prime HD z kolei stawiał na jakość obrazu. Ekran o rozdzielczości 300 dpi, czyli jedną z najwyższych dostępnych wówczas na rynku, w połączeniu z czterordzeniowym procesorem. Tekst wyglądał na nim ostro, ilustracje miały szczegóły, a strony przewracały się płynnie.

To nie był przypadek, to było słuchanie użytkowników. Firma od lat zbierała opinie swoich klientów, a jedną z największych grup docelowych okazały się, co może zaskakiwać, panie po pięćdziesiątce. Dla nich najważniejsza była prostota obsługi, możliwość powiększenia czcionki i lekkość urządzenia. To pokazuje, jak bardzo inkBOOK starał się projektować urządzenia pod realne potrzeby, a nie tylko pod specyfikacje techniczne wyglądające dobrze na papierze.

Design, który zdobywał nagrody

Tu zaczyna się część, z której Polacy mogą być naprawdę zadowoleni. inkBOOK Prime i inkBOOK Classic 2 zostały zaprojektowane wspólnie z wrocławskim studiem ID Design. Autorem projektu obudowy był Piotr Maciejewski, wrocławski projektant, laureat rankingu „30 Kreatywnych Wrocławia 2017" organizowanego przez portal wroclaw.pl. To on jest twórcą wyglądu, który zdobył jedną z najbardziej prestiżowych nagród designerskich na świecie - Red Dot Award, nazywaną czasem „Oscarem Designu".

inkbook focus
źródło grafiki: inkbook.pl

Co istotne, projektanci inkBOOK chcieli zerwać ze stylistyką, w której czytnik wygląda jak miniaturowy tablet. Tylna część obudowy niektórych modeli przypomina otwierającą się książkę. Mały detal, ale taki, który pokazuje, że ktoś naprawdę myślał o tym, jak to urządzenie ma się czuć w rękach czytelnika, a nie tylko jak ma działać.

A teraz uczciwie: gdzie powstają inkBooki?

I tu muszę was zatrzymać, bo byłoby nieuczciwe, gdybym pozwolił wam myśleć, że inkBooki schodzą z polskiej linii produkcyjnej gdzieś pod Wrocławiem. Nie. Fizyczna produkcja, czyli składanie tych urządzeń, odbywa się w Chinach. To jest fakt i firma sama to otwarcie przyznaje.

Dlaczego tak jest? Odpowiedź, którą padła wprost z ust przedstawicieli Arta Tech, jest brutalnie szczera: ekonomia. Teoretycznie w Polsce są specjaliści i firmy zdolne zaprojektować, zbudować prototyp i produkować seryjnie dowolne urządzenie elektroniczne. Problem leży gdzie indziej, w dostępności i koszcie komponentów. Wiele elementów, które w Chinach są już gotowe, masowo produkowane i tanie, w Polsce trzeba by opracowywać praktycznie od zera. A elektronika użytkowa to rynek, na którym trzeba konkurować z gigantami z całego świata, tu liczy się każdy grosz kosztu jednostkowego.

To, co jednak pozostaje polskie i to jest kluczowe, to projektowanie. Design obudowy, interfejs systemu, dopasowanie funkcji do potrzeb konkretnego użytkownika, cała filozofia produktu. To powstaje we Wrocławiu. Chiny dają taśmę produkcyjną i komponenty, Polska daje mózg i pomysł. Można powiedzieć, że to model bardzo podobny do tego, który stosują dziesiątki znanych marek technologicznych na całym świecie - projekt w jednym miejscu, montaż w drugim. Nie jest to więc nic specyficznie podejrzanego, raczej standardowa praktyka branżowa.

inkBOOK Europe - zmiana nazwy i nowy etap

W 2020 roku Arta Tech przeszła rebranding i zaczęła funkcjonować pod nazwą inkBOOK Europe (czasem spotkamy się też z formą InkBooks Europe). To naturalny krok dla firmy, która z lokalnego dystrybutora wyrosła na rozpoznawalną markę. Nazwa produktu stała się ważniejsza niż pierwotna nazwa spółki. Wiele osób przez lata i tak mówiło po prostu „inkBOOK", niezależnie od tego, jak nazywała się firma stojąca za marką.

inkbook
źródło grafiki: inkbook.pl

Co ciekawe, sama nazwa Arta Tech w pewnym momencie zniknęła z głównego nurtu komunikacji, ale historia firmy liczona jest nieprzerwanie od 2009 roku. Sama firma na swojej stronie podkreśla, że już od kilkunastu lat wspiera czytelników w ich „e-czytelniczej przygodzie", i w tym stwierdzeniu nie ma za dużo marketingowej przesady, bo to po prostu fakt poparty datami.

Jak inkBOOK wypada na tle Kindle?

No dobrze, ale przejdźmy do sedna. Czy to w ogóle ma sens jako alternatywa dla Kindle? Tu sprawa jest ciekawa, bo różnice nie sprowadzają się tylko do logo na obudowie.

System operacyjny. inkBooki działają na Androidzie, podczas gdy Kindle korzysta z mocno zamkniętego, własnego ekosystemu Amazona. To oznacza, że na inkBOOK-u możemy zainstalować dodatkowe aplikacje - w granicach tego, co pozwala specyfika ekranu e-ink, bo szybkie animacje czy gry na takim wyświetlaczu nie będą cudem technologicznym. Ale chodzi o coś ważniejszego: otwartość. Nie jesteśmy zamknięci w jednym sklepie z e-bookami.

Polska lokalizacja. To jest punkt, w którym inkBOOK po prostu wygrywa bez większego wysiłku. Kindle przez lata zmagał się z brakiem pełnej polskiej lokalizacji interfejsu - syntezator mowy po polsku, polska klawiatura, polskie znaki diakrytyczne działające bez zarzutu we wszystkich formatach plików, to wszystko w inkBOOK-u było obsłużone od dawna, bo to urządzenie projektowane od początku z myślą o polskim czytelniku.

Integracja z polskimi serwisami. Tu kolejny duży plus. inkBOOK od lat współpracuje z Legimi, polskim serwisem abonamentowym dającym dostęp do tysięcy e-booków za stałą opłatą miesięczną. Dla osoby, która czyta dużo i nie chce kupować każdej książki osobno, to ogromna wygoda, której Kindle w naszym kraju po prostu nie zapewnia w tak prosty sposób.

Format plików. Kindle przez długi czas trzymał się formatu AZW i wymagał konwersji wielu plików, jeśli chcieliśmy czytać coś spoza ekosystemu Amazona. inkBOOK obsługuje szeroką gamę formatów od razu, bez kombinowania.

Bateria i komfort czytania. Tu różnice są mniej dramatyczne, bo oba urządzenia korzystają z podobnej technologii e-papieru, która od lat się rozwija i jest dziś naprawdę dopracowana - ekran nie męczy oczu, nie potrzebuje zewnętrznego światła po zmroku, a na jednym ładowaniu można czytać tygodniami.

Wpływ na polską gospodarkę - mały, ale realny

Nie oszukujmy się, inkBOOK to nie jest firma wielkości polskiego oddziału globalnego koncernu. To wciąż relatywnie niewielka spółka.

Po pierwsze -to dowód, że polska firma technologiczna jest w stanie zaprojektować produkt konkurencyjny wobec rozwiązań takich gigantów jak Amazon i utrzymać się na rynku przez ponad dekadę, to naprawdę nie jest mało, biorąc pod uwagę, jak wiele startupów technologicznych znika po kilku latach.

Po drugie - ekspansja zagraniczna inkBOOK-a to dobry przykład polskiego know-how trafiającego na rynki Europy Zachodniej, Bliskiego Wschodu, a nawet Australii i Stanów Zjednoczonych. Produkty trafiały do Czech, Niemiec, Francji, Hiszpanii, Włoch, Izraela, Słowacji, Słowenii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej. To pokazuje, że polska marka technologiczna potrafi być rozpoznawalna daleko poza granicami kraju, nawet w niszy zdominowanej przez amerykańskiego giganta.

Po trzecie - i to jest może najważniejsze, inkBOOK to przykład wzornictwa „Made in Poland", które realnie zdobywało międzynarodowe nagrody, takie jak Red Dot Design Award. To nie jest abstrakcyjna duma narodowa, to konkretny dowód, że polscy projektanci i polskie studia designerskie potrafią tworzyć produkty na światowym poziomie estetycznym i funkcjonalnym.

Czy to duży wpływ na polski PKB? Póki co nie, bądźmy realistami. Ale to ważny element mozaiki, który pokazuje, że polska przedsiębiorczość technologiczna nie kończy się na outsourcingu programistycznym dla zagranicznych korporacji. Czasem da się też zbudować własną markę, własny produkt i własną pozycję na trudnym, konkurencyjnym rynku.

Czy warto rozważyć inkBOOK jako alternatywę dla Kindle?

Jeśli szukacie czytnika, który ma pełne wsparcie polskiego języka od pierwszego dnia, integruje się z polskimi serwisami abonamentowymi i daje większą swobodę w zakresie formatów plików oraz instalowania dodatkowych aplikacji, inkBOOK jest naprawdę solidną opcją. To nie jest tylko sentymentalny wybór „bo polskie", choć rozumiem, że dla wielu czytelników ten argument też ma znaczenie. To realna alternatywa, która w wielu codziennych aspektach użytkowania wygodniejsza jest właśnie dlatego, że projektowano ją z myślą o polskim odbiorcy, a nie jako produkt globalny, lokalizowany na siłę.

Z drugiej strony, jeśli najważniejsza jest dla was ogromna biblioteka treści dostępna jednym kliknięciem, bezproblemowa integracja z globalnym ekosystemem oraz maksymalna dopracowana jakość wykonania na poziomie masowej produkcji.

Ale fakt, że po kilkunastu latach na rynku polska marka wciąż jest w stanie konkurować, ulepszać swoje produkty i znajdować nowych użytkowników, mówi sam za siebie. inkBOOK nie jest tylko historycznym ciekawostką technologiczną, to żywy, działający produkt, za którym stoi konkretna historia ludzi z Wrocławia, którzy w 2009 roku po prostu chcieli czytać więcej i wygodniej. I to im się, mimo wszystkich przeciwności, udało.