Polski inkBook - alternatywa dla Kindle od Amazona

 

inkbook solaris 2
źródło grafiki: inkbook.pl

Kiedy myślimy o czytnikach e-booków, w głowie od razu zapala się jedno słowo: Kindle. Amazon zdominował ten rynek tak skutecznie, że dla wielu osób „czytnik ebooków" i „Kindle" to praktycznie synonimy. Ale czy wiecie, że od kilkunastu lat na tym samym rynku, twardo i bez fanfar, działa polska firma, która zbudowała swoją markę właśnie jako odpowiedź na amerykańskiego giganta? Mówię o inkBook - urządzeniu, które dla wielu Polaków stało się czymś więcej niż tylko gadżetem do czytania. To mały kawałek polskiej przedsiębiorczości, który przetrwał, rozwinął się i wciąż konkuruje na arenie międzynarodowej.

Wrocław, 2009 rok. Wszystko zaczyna się od pasji do książek

Nie było garażu pełnego prototypów, nie było worka pełnego dolarów od inwestorów z Doliny Krzemowej. Była za to jedna konkretna osoba - Paweł Horbaczewski, i jego prywatny problem: częste podróże służbowe kolidowały z jego zamiłowaniem do czytania książek. Zwykła, ludzka potrzeba. I właśnie z tej potrzeby, 1 marca 2009 roku we Wrocławiu, narodziła się firma, która z czasem zmieni polski rynek e-czytników.

Firma nazywała się Arta Tech. Na początku nie produkowała absolutnie niczego. Zajmowała się dystrybucją czytników innych marek, głównie Onyx Book, urządzeń od międzynarodowego producenta Onyx International. Brzmi to dość skromnie, prawda? Ale to właśnie te pierwsze lata, od 2009 do 2015 roku, dały wrocławskiej spółce coś bezcennego: doświadczenie, wiedzę o polskim rynku i kontakt z tysiącami czytelników, którzy mówili wprost, czego im brakuje w dostępnych na rynku urządzeniach.

I tu pojawia się pytanie, które pewnie sami zadajecie: dlaczego dystrybutor zamienił się w producenta? Odpowiedź jest prosta i bardzo ludzka, bo bycie zależnym od cudzej polityki produktowej po prostu się znudziło. Arta Tech chciała mieć pełną kontrolę nad swoim produktem. Nie chciała czekać, aż zagraniczny partner zdecyduje, czy w ogóle będzie obsługiwał polski język, czy uwzględni potrzeby lokalnych czytelników. Tak, gdzieś około 2015 roku, narodziła się marka inkBOOK.

Pierwszy i jedyny polski producent czytników ebooków

To zdanie brzmi jak slogan marketingowy, ale akurat w tym przypadku jest po prostu prawdą. inkBOOK stał się drugim producentem czytników ebooków na arenie europejskiej, a pierwszym i jak dotąd jedynym, polskim producentem w tej kategorii. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym fakcie, bo to naprawdę rzadkość. Polska nie jest krajem, który kojarzy się z produkcją elektroniki użytkowej na skalę europejską. A jednak.

Pierwsze modele, które wyszły spod skrzydeł Arta Tech, to inkBOOK Prime HD, inkBOOK Lumos oraz inkBOOK Explore. Każdy z nich miał swoją niszę. Lumos celował w bardziej zaawansowanych czytelników, którzy chcieli czegoś lepszego niż wersja podstawowa, ale nie chcieli też płacić fortuny. inkBOOK Prime HD z kolei stawiał na jakość obrazu. Ekran o rozdzielczości 300 dpi, czyli jedną z najwyższych dostępnych wówczas na rynku, w połączeniu z czterordzeniowym procesorem. Tekst wyglądał na nim ostro, ilustracje miały szczegóły, a strony przewracały się płynnie.

To nie był przypadek, to było słuchanie użytkowników. Firma od lat zbierała opinie swoich klientów, a jedną z największych grup docelowych okazały się, co może zaskakiwać, panie po pięćdziesiątce. Dla nich najważniejsza była prostota obsługi, możliwość powiększenia czcionki i lekkość urządzenia. To pokazuje, jak bardzo inkBOOK starał się projektować urządzenia pod realne potrzeby, a nie tylko pod specyfikacje techniczne wyglądające dobrze na papierze.

Design, który zdobywał nagrody

Tu zaczyna się część, z której Polacy mogą być naprawdę zadowoleni. inkBOOK Prime i inkBOOK Classic 2 zostały zaprojektowane wspólnie z wrocławskim studiem ID Design. Autorem projektu obudowy był Piotr Maciejewski, wrocławski projektant, laureat rankingu „30 Kreatywnych Wrocławia 2017" organizowanego przez portal wroclaw.pl. To on jest twórcą wyglądu, który zdobył jedną z najbardziej prestiżowych nagród designerskich na świecie - Red Dot Award, nazywaną czasem „Oscarem Designu".

inkbook focus
źródło grafiki: inkbook.pl

Co istotne, projektanci inkBOOK chcieli zerwać ze stylistyką, w której czytnik wygląda jak miniaturowy tablet. Tylna część obudowy niektórych modeli przypomina otwierającą się książkę. Mały detal, ale taki, który pokazuje, że ktoś naprawdę myślał o tym, jak to urządzenie ma się czuć w rękach czytelnika, a nie tylko jak ma działać.

A teraz uczciwie: gdzie powstają inkBooki?

I tu muszę was zatrzymać, bo byłoby nieuczciwe, gdybym pozwolił wam myśleć, że inkBooki schodzą z polskiej linii produkcyjnej gdzieś pod Wrocławiem. Nie. Fizyczna produkcja, czyli składanie tych urządzeń, odbywa się w Chinach. To jest fakt i firma sama to otwarcie przyznaje.

Dlaczego tak jest? Odpowiedź, którą padła wprost z ust przedstawicieli Arta Tech, jest brutalnie szczera: ekonomia. Teoretycznie w Polsce są specjaliści i firmy zdolne zaprojektować, zbudować prototyp i produkować seryjnie dowolne urządzenie elektroniczne. Problem leży gdzie indziej, w dostępności i koszcie komponentów. Wiele elementów, które w Chinach są już gotowe, masowo produkowane i tanie, w Polsce trzeba by opracowywać praktycznie od zera. A elektronika użytkowa to rynek, na którym trzeba konkurować z gigantami z całego świata, tu liczy się każdy grosz kosztu jednostkowego.

To, co jednak pozostaje polskie i to jest kluczowe, to projektowanie. Design obudowy, interfejs systemu, dopasowanie funkcji do potrzeb konkretnego użytkownika, cała filozofia produktu. To powstaje we Wrocławiu. Chiny dają taśmę produkcyjną i komponenty, Polska daje mózg i pomysł. Można powiedzieć, że to model bardzo podobny do tego, który stosują dziesiątki znanych marek technologicznych na całym świecie - projekt w jednym miejscu, montaż w drugim. Nie jest to więc nic specyficznie podejrzanego, raczej standardowa praktyka branżowa.

inkBOOK Europe - zmiana nazwy i nowy etap

W 2020 roku Arta Tech przeszła rebranding i zaczęła funkcjonować pod nazwą inkBOOK Europe (czasem spotkamy się też z formą InkBooks Europe). To naturalny krok dla firmy, która z lokalnego dystrybutora wyrosła na rozpoznawalną markę. Nazwa produktu stała się ważniejsza niż pierwotna nazwa spółki. Wiele osób przez lata i tak mówiło po prostu „inkBOOK", niezależnie od tego, jak nazywała się firma stojąca za marką.

inkbook
źródło grafiki: inkbook.pl

Co ciekawe, sama nazwa Arta Tech w pewnym momencie zniknęła z głównego nurtu komunikacji, ale historia firmy liczona jest nieprzerwanie od 2009 roku. Sama firma na swojej stronie podkreśla, że już od kilkunastu lat wspiera czytelników w ich „e-czytelniczej przygodzie", i w tym stwierdzeniu nie ma za dużo marketingowej przesady, bo to po prostu fakt poparty datami.

Jak inkBOOK wypada na tle Kindle?

No dobrze, ale przejdźmy do sedna. Czy to w ogóle ma sens jako alternatywa dla Kindle? Tu sprawa jest ciekawa, bo różnice nie sprowadzają się tylko do logo na obudowie.

System operacyjny. inkBooki działają na Androidzie, podczas gdy Kindle korzysta z mocno zamkniętego, własnego ekosystemu Amazona. To oznacza, że na inkBOOK-u możemy zainstalować dodatkowe aplikacje - w granicach tego, co pozwala specyfika ekranu e-ink, bo szybkie animacje czy gry na takim wyświetlaczu nie będą cudem technologicznym. Ale chodzi o coś ważniejszego: otwartość. Nie jesteśmy zamknięci w jednym sklepie z e-bookami.

Polska lokalizacja. To jest punkt, w którym inkBOOK po prostu wygrywa bez większego wysiłku. Kindle przez lata zmagał się z brakiem pełnej polskiej lokalizacji interfejsu - syntezator mowy po polsku, polska klawiatura, polskie znaki diakrytyczne działające bez zarzutu we wszystkich formatach plików, to wszystko w inkBOOK-u było obsłużone od dawna, bo to urządzenie projektowane od początku z myślą o polskim czytelniku.

Integracja z polskimi serwisami. Tu kolejny duży plus. inkBOOK od lat współpracuje z Legimi, polskim serwisem abonamentowym dającym dostęp do tysięcy e-booków za stałą opłatą miesięczną. Dla osoby, która czyta dużo i nie chce kupować każdej książki osobno, to ogromna wygoda, której Kindle w naszym kraju po prostu nie zapewnia w tak prosty sposób.

Format plików. Kindle przez długi czas trzymał się formatu AZW i wymagał konwersji wielu plików, jeśli chcieliśmy czytać coś spoza ekosystemu Amazona. inkBOOK obsługuje szeroką gamę formatów od razu, bez kombinowania.

Bateria i komfort czytania. Tu różnice są mniej dramatyczne, bo oba urządzenia korzystają z podobnej technologii e-papieru, która od lat się rozwija i jest dziś naprawdę dopracowana - ekran nie męczy oczu, nie potrzebuje zewnętrznego światła po zmroku, a na jednym ładowaniu można czytać tygodniami.

Wpływ na polską gospodarkę - mały, ale realny

Nie oszukujmy się, inkBOOK to nie jest firma wielkości polskiego oddziału globalnego koncernu. To wciąż relatywnie niewielka spółka.

Po pierwsze -to dowód, że polska firma technologiczna jest w stanie zaprojektować produkt konkurencyjny wobec rozwiązań takich gigantów jak Amazon i utrzymać się na rynku przez ponad dekadę, to naprawdę nie jest mało, biorąc pod uwagę, jak wiele startupów technologicznych znika po kilku latach.

Po drugie - ekspansja zagraniczna inkBOOK-a to dobry przykład polskiego know-how trafiającego na rynki Europy Zachodniej, Bliskiego Wschodu, a nawet Australii i Stanów Zjednoczonych. Produkty trafiały do Czech, Niemiec, Francji, Hiszpanii, Włoch, Izraela, Słowacji, Słowenii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej. To pokazuje, że polska marka technologiczna potrafi być rozpoznawalna daleko poza granicami kraju, nawet w niszy zdominowanej przez amerykańskiego giganta.

Po trzecie - i to jest może najważniejsze, inkBOOK to przykład wzornictwa „Made in Poland", które realnie zdobywało międzynarodowe nagrody, takie jak Red Dot Design Award. To nie jest abstrakcyjna duma narodowa, to konkretny dowód, że polscy projektanci i polskie studia designerskie potrafią tworzyć produkty na światowym poziomie estetycznym i funkcjonalnym.

Czy to duży wpływ na polski PKB? Póki co nie, bądźmy realistami. Ale to ważny element mozaiki, który pokazuje, że polska przedsiębiorczość technologiczna nie kończy się na outsourcingu programistycznym dla zagranicznych korporacji. Czasem da się też zbudować własną markę, własny produkt i własną pozycję na trudnym, konkurencyjnym rynku.

Czy warto rozważyć inkBOOK jako alternatywę dla Kindle?

Jeśli szukacie czytnika, który ma pełne wsparcie polskiego języka od pierwszego dnia, integruje się z polskimi serwisami abonamentowymi i daje większą swobodę w zakresie formatów plików oraz instalowania dodatkowych aplikacji, inkBOOK jest naprawdę solidną opcją. To nie jest tylko sentymentalny wybór „bo polskie", choć rozumiem, że dla wielu czytelników ten argument też ma znaczenie. To realna alternatywa, która w wielu codziennych aspektach użytkowania wygodniejsza jest właśnie dlatego, że projektowano ją z myślą o polskim odbiorcy, a nie jako produkt globalny, lokalizowany na siłę.

Z drugiej strony, jeśli najważniejsza jest dla was ogromna biblioteka treści dostępna jednym kliknięciem, bezproblemowa integracja z globalnym ekosystemem oraz maksymalna dopracowana jakość wykonania na poziomie masowej produkcji.

Ale fakt, że po kilkunastu latach na rynku polska marka wciąż jest w stanie konkurować, ulepszać swoje produkty i znajdować nowych użytkowników, mówi sam za siebie. inkBOOK nie jest tylko historycznym ciekawostką technologiczną, to żywy, działający produkt, za którym stoi konkretna historia ludzi z Wrocławia, którzy w 2009 roku po prostu chcieli czytać więcej i wygodniej. I to im się, mimo wszystkich przeciwności, udało.


Od fabrycznych hal do kameralnej produkcji. Losy włocławskiego fajansu

 

włocławski fajans

Czy zdarzyło Ci się kiedyś trzymać w rękach filiżankę lub talerz ozdobiony intensywnie niebieskimi, ręcznie malowanymi kwiatami i poczuć, że masz do czynienia z czymś wyjątkowym? Jeśli tak, to całkiem możliwe, że miałeś w rękach właśnie fajans włocławski, jeden z najciekawszych fenomenów polskiego rzemiosła, który przeżył rewolucje, upadki, wojenne zawieruchy, transformację ustrojową, i wciąż trwa. To historia, która spokojnie mogłaby posłużyć za scenariusz filmu z dramatami, miłością, pasją i odrodzeniem w tle.

Zapraszam Cię na wycieczkę przez dzieje włocławskiego fajansu. Od wielkich fabrycznych hal zatrudniających setki pracowników, przez całkowite niemal zniknięcie z mapy produkcyjnej Polski, aż do dzisiejszych kameralnych manufaktur, gdzie każda malarka wkłada w swoje dzieło serce i dziesiątki lat doświadczenia.


Skąd się wziął fajans we Włocławku?

Żeby zrozumieć, dlaczego właśnie Włocławek stał się centrum polskiej ceramiki fajansowej, trzeba cofnąć się do drugiej połowy XIX wieku. Włocławek leży na wschodnim skraju Kujaw, nad Wisłą, to ważny węzeł komunikacyjny i handlowy, miasto z rosnącym przemysłem i rzemiosłem. W 1873 roku powstały tu pierwsze lokalne zakłady ceramiczne, które zaczęły wykorzystywać regionalne tradycje zdobnicze i tworzyć wyroby inspirowane ludowymi motywami kujawskiego folkloru.

Fajans (z włoskiego faience, od miejscowości Faenza we Włoszech, skąd pochodzi ta technika) to ceramika pokryta nieprzezroczystą, białą glazurą na bazie cyny lub ołowiu, na której następnie maluje się wzory, a całość poddaje się wypaleniu. W odróżnieniu od porcelany jest bardziej porowaty i cięższy, ale właśnie ta swoista „ciężkość" i matowość nadaje mu charakter. Takiej domowości, ciepła i zakorzenionej w tradycji estetyki, której nie daje żaden blyszczący serwis ze śnieżnobiałej porcelany.

wazon fajans

We Włocławku ten materiał trafił na idealny grunt. Regionalna kultura Kujaw i Ziemi Dobrzyńskiej, pełna barwnych wzorów zdobniczych, kwiatowych girland i charakterystycznych motywów roślinnych, dosłownie "weszła" w glinę i szkliwa. Stopniowo wykształcił się rozpoznawalny styl: przede wszystkim kobaltowy błękit (choć pojawiały się też brązy i zielenie), gałązki, różyczki, tulipany, a z czasem całe kompozycje kwiatowe malowane z niezwykłą swobodą i precyzją jednocześnie. To jest właśnie to "coś", co sprawia, że fajans włocławski jest tak natychmiast rozpoznawalny.


Wielkie fabryki - złoty wiek włocławskiej ceramiki

Przez pierwszą połowę XX wieku włocławskie zakłady ceramiczne rosły i rozwijały się. Powstawały nowe piece, zatrudniano kolejnych pracowników, a sama produkcja stawała się coraz bardziej zorganizowana i przemysłowa. To był czas, kiedy wyroby z Włocławka zaczęły docierać do polskich domów w całym kraju.

Po II wojnie światowej, w nowej rzeczywistości politycznej, zakłady zostały upaństwowione i weszły w skład systemu centralnie zarządzanej gospodarki. Paradoksalnie, przynajmniej w pierwszych dekadach, nie zabiło to tradycji, wręcz przeciwnie. W ramach Włocławskich Zakładów Ceramiki Stołowej (od 1973 roku pod tą właśnie nazwą działały połączone zakłady produkujące fajans, porcelit i porcelanę) zatrudnienie znajdowały setki osób. Malarnie tętniły życiem. Kobiety z Włocławka i okolic uczyły się zawodu zdobnika ceramiki w miejscowych szkołach zawodowych i przychodziły do zakładów, by przez kolejne dekady malować te same, dobrze znane wzory lub tworzyć nowe, bo tamte czasy przyniosły też interesujące eksperymenty artystyczne.



W szczytowych momentach przy produkcji fajansu we Włocławku pracowały naprawdę znaczące siły robocze. Miasto identyfikowało się z tą produkcją, fajans był jednym z symboli Włocławka, tak jak np. Kraków kojarzy się z Wawelem, a Toruń z piernikami. Ulice Kościuszki i Jesionowa to adresy, które wielu włocławian po dziś dzień wymawia z nostalgią, tam właśnie mieściły się wielkie malarnie.


Upadek - lata 90. i wielkie milczenie fajansu

Transformacja ustrojowa po 1989 roku była dla wielu polskich zakładów przemysłowych ciosem śmiertelnym. Włocławskie Zakłady Ceramiki Stołowej nie były wyjątkiem. Gdy znikły centralne zamówienia, dotacje i gwarantowany rynek zbytu, okazało się, że duże, wielozakładowe struktury są mało elastyczne i trudne do utrzymania w nowych warunkach rynkowych. Fabryka Fajansu zamknęła podwoje w 1991 roku.

To był szok dla całego miasta. Nagle kilkaset osób straciło pracę. Malarki, które przez całe życie zawodowe spędzały czas z pędzlem w ręku, zostały z umiejętnościami, które nagle nie miały gdzie się realizować. Niektóre odeszły do innych zawodów. Inne malowały dla siebie i bliskich, nie dając zniknąć tej tradycji. Na szczęście, bo to właśnie dzięki nim tym konkretnym kobietom, historia miała swój kolejny rozdział.

Przez całe lata 90. włocławski fajans praktycznie zniknął z polskiego rynku. Można go było spotkać jedynie w antykwariatach, na targach staroci, w domach starszych ludzi, którzy pamiętali "te czasy". Zaczął być postrzegany jako relikt przeszłości. Uroczy, może nawet sentymentalny, ale zdecydowanie nie na czasie.

A jednak gdzieś głęboko drzemało coś, co nie pozwoliło mu umrzeć do końca.


Odrodzenie - Szanowscy ratują tradycję

Ewa i Jerzy Szanowscy poznali się właśnie w pracy, we Włocławskich Zakładach Ceramiki Stołowej. Ich historia zawodowa i miłosna splotła się nierozerwalnie z historią włocławskiego fajansu. Gdy zakłady upadły, postanowili, że tradycja nie może zginąć.

W 2001 roku, we współpracy z Janem Rinkiem, między innymi dyrektorem ostatniej Fabryki Porcelany we Włocławku, podjęli odważną decyzję: odbudować włocławski fajans od podstaw. Zakupili starą cegielnię na włocławskiej Falbance i zabrali się do pracy. 13 lipca 2002 roku produkcja ruszyła oficjalnie, a nowe przedsiębiorstwo przyjęło nazwę Fabryka Fajansu.

Pani Ewa miała jasne motto, które wypowiedziała na otwarciu: "Bądź nowoczesny, sięgnij do tradycji." Ta fraza mówi wszystko o filozofii, jaką przyjęli. Nie chodziło o muzealną rekonstrukcję. Chodziło o żywą tradycję, która ma się dobrze, bo jest pielęgnowana przez ludzi z pasją.

Do nowej fabryki zaproszono dawne malarki - te same kobiety, które przez lata pracowały we WZCS przy ulicy Kościuszki i Jesionowej. Znały wzory na pamięć. Wiedziały, jak trzymać pędzel, jak prowadzić kreskę, jak nakładać kobalт tak, żeby po wypaleniu błyszczał dokładnie tak, jak trzeba. Ich wiedza i umiejętności były bezcennym skarbem, który nie mógł zaginąć.

Przez osiemnaście lat - od 2002 do 2021 roku - Fabryka Fajansu Szanowskich rozwijała się i zdobywała kolejnych miłośników. Produkowano kultowe wzory, ale też eksperymentowano z nowymi formami i motywami dekoracyjnymi. Fajans z Włocławka znów można było znaleźć w całej Polsce.

Pandemia i kolejny kryzys

Rok 2020 okazał się przełomowy w złym sensie. Pandemia zachwiała polską gospodarką, a fabryka Szanowskich znalazła się w trudnej sytuacji. Lockdowny, zamknięte sklepy, niepewność co do przyszłości. Wszystko to sprawiło, że właściciele podjęli decyzję o tymczasowym wstrzymaniu produkcji. Potem okoliczności zawodowe i osobiste zadecydowały, że nie zdecydowali się na ponowne otwarcie.

Znowu włocławski fajans stanął na rozdrożu. Znowu pojawił się ten sam dramatyczny znak zapytania: co dalej?

Na szczęście, tym razem przerwa trwała krócej. Do Szanowskich zgłaszali się potencjalni inwestorzy. Po prawie roku rozmów wybrali człowieka, który dawał gwarancję ciągłości, silnie związanego z regionem, rozumiejącego wagę tego dziedzictwa. Był nim Tyberiusz Rajs, włocławski przedsiębiorca prowadzący między innymi Garage Hotel, który jak sam mówił w wywiadach: zdecydował się na to wyzwanie, bo po prostu kocha Włocławek.

Na mocy umowy licencyjnej w czerwcu 2021 roku Rajs uzyskał prawo do produkcji fajansu. Już w lipcu 2021 roku, po żmudnych przygotowaniach, światło dzienne ujrzały pierwsze filiżanki, figurki i talerze nowej ery. Reaktywacja spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem. Zarówno mediów, mieszkańców miasta, jak i Prezydenta Włocławka Marka Wojtkowskiego, który zapewnił o pełnym wsparciu miasta dla tej inicjatywy.


Skarbiec Fajansu - gdzie można poczuć tę historię na żywo

Jeśli chcesz naprawdę poczuć klimat włocławskiego fajansu i zrozumieć, skąd bierze się jego wyjątkowość, powinieneś odwiedzić Skarbiec Fajansu we Włocławku. Znajduje się on na ul. Żabia 2. To wyjątkowe miejsce, gdzie historia ceramiki z Kujaw jest prezentowana w przystępny i interesujący sposób.


Skarbiec fajansu

Skarbiec to nie tylko ekspozycja dawnych wyrobów, choć i ta robi wrażenie. To przede wszystkim żywa opowieść o ludziach, fabrykach, wzorach i pasji, która nie dała się zgasić przez zmiany historyczne. Można tu zobaczyć ceramikę z różnych epok, poznać ewolucję wzorów od folklorystycznych motywów kujawskich przez modernistyczne eksperymenty "pikasiaków" aż do współczesnych form. Wiele eksponatów to prawdziwe rynkowe rarytasy, których dziś nie uświadczysz w żadnym sklepie.


Wnętrze skarbcu fajansu

Dla każdego, kto interesuje się historią polskiego rzemiosła i wzornictwa, a przy okazji chce zrozumieć, co sprawia, że włocławski fajans jest tak rozpoznawalny na tle innych polskich ceramik - Skarbiec jest miejscem obowiązkowym.


Co zostało z wielkiej tradycji? Dwa zakłady, dwie opowieści

Dziś włocławski fajans produkują dokładnie dwa przedsiębiorstwa. Oba we Włocławku, oba z pasją podtrzymujące tradycję, choć każde z własną, osobną historią. Przyjrzyjmy się im bliżej.


Fabryka Fajansu Włocławek Tyberiusz Rajs

Pierwsza firma to Fabryka Fajansu Włocławek Tyberiusz Rajs, działająca pod adresem ul. Spółdzielcza 3, 87-800 Włocławek.

To właśnie ta firma jest bezpośrednią kontynuatorką dziedzictwa Szanowskich. Jak pisaliśmy wcześniej, Tyberiusz Rajs przejął fabrykę w 2021 roku i już w lipcu tego samego roku wypuścił na rynek pierwsze wyroby - filiżanki, talerze i figurki, które spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem miłośników ceramiki.

Firma stawia na oryginalne, ręcznie malowane wzory w głębokim kobalcie, inspirowane regionalnym folklorem kujawskim. Każdy wyrób jest unikatowy, a sygnatura Fabryki Fajansu na spodzie potwierdza jego autentyczność. Jak sami piszą: "Oryginalny fajans z Włocławka można rozpoznać po kilku cechach charakterystycznych. Przede wszystkim wyróżniają go ręcznie malowane wzory, najczęściej w kobaltowej kolorystyce, przedstawiające motywy kwiatowe lub ludowe."

W ofercie znaleźć można szeroką gamę wyrobów użytkowych i dekoracyjnych: filiżanki, kubki, talerze, maselnice, solniczki, pieprzniczki, a także dekoracyjne figurki, szkatułki, zegary i lampy. Firma prowadzi aktywną sprzedaż internetową, oferując zarówno klasyczne, dobrze znane wzory, jak i zupełnie nowe kolekcje. Jednym z ciekawych kierunków rozwoju jest marka Fajansowe Love - linia luksusowej biżuterii ze srebra i fajansu, która przenosi tradycyjne kujawskie motywy w zupełnie nowy wymiar. Naszyjniki, kolczyki i bransoletki zdobione fajansowymi elementami to dowód na to, że tradycja może być naprawdę współczesna.


Fajans Włocławski sp. z o.o.

Drugą firmą jest Fajans Włocławski sp. z o.o., z siedzibą przy ulicy Falbanka 28 we Włocławku.

Ta historia jest równie piękna, choć inna w detalach. Spółka Fajans Włocławski nawiązuje wprost do dziedzictwa Ewy i Jerzego Szanowskich. Tych samych, którzy reaktywowali produkcję w 2002 roku. Po śmierci Pani Ewy Szanowskiej jej syn Tomasz podjął decyzję o kontynuowaniu dzieła mamy. W czerwcu 2024 roku założył spółkę Fajans Włocławski, a po generalnym remoncie i wyposażeniu zakładu w nowe maszyny - we wrześniu 2024 roku ruszyła produkcja.

Jak sami piszą o sobie: "Tu od 2001 r. ręcznie wytwarzamy i malujemy ceramikę zwaną fajansem, kultywując charakterystyczne wzory kwiatowe wywodzące się z tradycji kujawskiej." To zdanie mówi wszystko, to nie jest zwykły biznes. To misja, kontynuacja, dziedzictwo przekazywane z matki na syna.

W zakładzie na Falbance produkuje się szeroką gamę wyrobów: kubki, filiżanki ze spodkiem, talerze, paterę do ciasta, wazony, dzbanki, imbryki, cukiernice, miski, maselnice, figurki (aż 73 różne!), magnesy, pieprzniczki, solniczki, ozdoby świąteczne, skarbonki i wiele więcej. Firma oferuje też indywidualne zamówienia - możliwość stworzenia wyrobu z własnym wzorem lub dedykacją, co czyni te produkty doskonałymi prezentami na każdą okazję.

Firma prowadzi również warsztaty fajansowe - okazję, żeby samemu spróbować malowania na ceramice pod okiem doświadczonych malarek. To świetna propozycja zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci czy grup szkolnych. Kilka godzin z pędzlem w ręku i odkrywasz, że to wcale nie jest takie proste, jak wygląda i że tym bardziej trzeba cenić mistrzów swojego rzemiosła.

Warto też wspomnieć, że Włocławek oficjalnie dołączył do trasy Europejskiego Szlaku Ceramiki - obok miast z Francji, Hiszpanii, Włoch czy Niemiec. To ogromne wyróżnienie i potwierdzenie, że polska ceramika z Kujaw jest traktowana poważnie na europejskim poziomie.


Fajans włocławski dziś - moda czy trwały trend?

W ostatnich latach fajans włocławski przeżywa prawdziwy renesans popularności. Pojawia się w katalogach wnętrzarskich, w mediach społecznościowych, na stołach w restauracjach stawiających na lokalność i tradycję. Młodzi ludzie, zmęczeni bezosobową estetyką sieciowych sklepów z dekoracjami, coraz chętniej sięgają po rzeczy "z duszą".

Czy to tylko moda? Niekoniecznie. Fajans włocławski przetrwał już kilka modowych cykli i za każdym razem wracał. Może dlatego, że prawdziwe rzemiosło ma w sobie coś ponadczasowego. Kobaltowe kwiaty nie starzeją się tak jak wzornictwo przemysłowe. Są pewne rzeczy, które po prostu są piękne i tyle.

Jeśli jeszcze nie masz w swoim domu żadnego fajansowego wyrobu z Włocławka, może warto to zmienić? Nie musisz szukać daleko, oba zakłady prowadzą sklepy internetowe, gdzie zamówisz wyroby z dostawą pod drzwi. A jeśli masz okazję być we Włocławku, odwiedź jedno z tych miejsc osobiście. Zobaczyć, jak malarka stawia pędzel na ceramice, jak kolorowy wzór wyłania się z białej masy, to doświadczenie, które zmienia sposób patrzenia na przedmioty, które nas otaczają.